Crisstimm

 
Rejestracja: 2007-12-14
https://amnesty.org.pl
Punkty71Więcej
Następny poziom: 
Ilość potrzebnych punktów: 129
Ostatnia gra
Literki

Literki

Literki
41 dni temu

Bajki na (wieczystą) dobranoc

2020-08-07       

Opowiedz mi bajkę tatusiu.

Mamo, a bajka na dobranoc?

Kto z nas rodziców nie słyszał tych słów?

     Bajki to rytuał, tradycja i budowanie więzi na całe życie - do tego stwierdzenia nie trzeba być wielkim odkrywcą. Wymyślamy je, opowiadamy, czytamy, oglądamy, niektóre znamy na pamięć. "Jaś i Małgosia", "Kopciuszek", "Tomcio Paluch", "Śpiąca Królewna" i wiele, wiele innych. Klasyka Andersena, Perraulta, wierszowane cudeńka Brzechwy i Tuwima, no i oczywiście bajki braci Grimm.

Na opowieściach tych ostatnich wychowały się pokolenia. Czy aby na pewno? Czy bajki, jakie znamy to faktycznie oryginalne teksty Jacoba i Wilhelma Grimm'ów?

     Pozwolę sobie wspomnieć słów kilka o tym, w jaki sposób doszło do powstania tego zbioru baśni.

     Po klęsce Prus pod Jeną powstał pomysł, aby podbudować morale narodu poprzez spisanie opowieści i bajań ludowych. Podjęli się tego bracia Grimm, jednak wszystko na to wskazuje, że nie zbierali ich sami, odwiedzając i wysłuchując bajarzy i bajarki, lecz robili to poprzez wynajętych współpracowników (głównie kobiety). Dlatego nie wiadomo ile w tym oryginalnych opowieści, a ile zostało dodane przez przekazujących. Część tekstów spisana została ze starych ksiąg, a bracia przeredagowali je na własną modłę. I tu też trudno dociec na ile, gdyż sami zniszczyli własne archiwum. A zmieniali dużo, ze względów politycznych jak też "względów politycznych".

Pierwsza edycja baśni ukazała się w 1812 roku, potem przez pięćdziesiąt lat każde nowe wydanie było przez Grimmów cenzurowane.

   Próbę rekonstrukcji oryginalnych opowieści podjął się germanista, profesor Jack Zipes w książce "The Original Folk and Fairy Tales of the Brothers Grimm: The Complete First Edition".

   Przytoczę kilka nieznanych perełek oraz takie, które zna każde dziecko.

   "Jak dzieci bawiły się w rzeź" mało kto zna i chyba dobrze - to opowieść o rodzeństwie, zabawiającym się w rzeźnika. Jeden z braci zabija drugiego, który udaje prosiaka. Gdy zbrodnię odkrywa matka własnoręcznie karze syna... wbijając małemu mordercy sztylet w serce. W tym czasie niedopilnowane trzecie dziecię topi się w kąpieli. Zrozpaczona kobieta popełnia samobójstwo przez powieszenie się. Po pewnym czasie wraca ojciec i gdy odkrywa dramat z rozpaczy umiera.

    Niewiele "lepsza" jest pierwotna wersja bajki o Czerwonym Kapturku, w którym nie ma ani czerwonego kaptura, ani gajowego. Jest za to kilka innych wątków. Początek bajki dość zbieżny do dzisiejszego ale dalej...

" Wilk obrał drugą drogę i jako pierwszy dotarł do domu babci. Zabił ją, jej krew wlał do butelki, a kawałki ciała pokrojone w plastry umieścił na półmisku. Następnie przebrał się w babciną nocną koszulę, położył się w łóżku i czekał."

Gdy dziewczynka dotarła do domku babci przebrany zwierz wita ją serdecznie i zachęca do napicia się wina i spróbowania plasterków mięsa leżących w spiżarni. Nieświadomy Czerwony Kapturek zgadza się i raczy się makabrycznym poczęstunkiem.  Jakby tego było mało, wilk zaprasza ją do łóżka.

" - Wtedy wilk rzekł: Rozbierz się i połóż się ze mną.

- Gdzie mam położyć fartuszek?

- Wrzuć go do ognia, nie będzie ci już więcej potrzebny.

Zdejmując ubrania – gorsecik, spódnicę, halkę i pończochy – dziewczynka zadawała to samo pytanie, a wilk za każdym razem odpowiadał: – wrzuć to do ognia, nie będzie ci już potrzebne."

Dalej jest jeszcze gorzej. Dziewczynka kładzie się do łóżka, wilk ją pożera i... to już koniec bajki. Nikt jej nie ratuje, nikt dziecka nie szuka, nie ma problemu, ot – tak bywa.

   Złe macochy to "klasyka klasyki" postaci bajkowych, znamy je z wielu opowieści, jak na przykład ze "Śnieżki" czy "Jasiu i Małgosi". Zdaniem profesora Zipesa w oryginalnych wersjach były biologicznymi matkami głównych bohaterów, jednak w wyniku cenzury zostały zamienione na macochy.  

   W jednej z odkurzonych przez Zipesa baśni "Dzieci czasu głodu", matka jest chora psychicznie i bardzo osłabiona. Mówi córkom, że musi je zabić i zjeść, by przeżyć.

   W "Jasiu i Małgosi" pierwotnie nie zła macocha lecz "kochający" rodzice prowadzą dzieci do lasu, by zwyczajnie pozbyć się w czasie głodu nieproduktywnych gąb do wyżywienia. W tej wersji nie czarownica, a żona diabła knuje plan zabicia rodzeństwa i nie w piecu lecz na koziołku do cięcia drewna. Tam mają się dzieci podłożyć pod topór i wykrwawić na śmierć. Na szczęście wykazują się one ogromnym sprytem i proszą wiedźmę, aby pokazała im, jak dostać się na koziołka. Podrzynają jej gardło i uciekają. Ciekawostką jest, iż w francuskiej wersji, gdzie Baba Jagę zastępuje olbrzym, Jaś namawia wielkoluda do poderżnięcia gardeł własnym dzieciom.

    Kto nie pamięta z dzieciństwa  disney'owskiej produkcji - "Kopciuszek"? Ta baśń ma jednak wiele osobliwych wariantów. W jednym z nich bohaterka zostaje służącą po ucieczce od własnego ojca, który pragnął ją poślubić i dać upust kazirodczym żądzom. W innej - siostry namawiane przez matkę ucinają sobie nożem pięty i palce u stóp, by zmieścić je w szklanym trzewiczku. Małe gołąbki powiadamiają księcia, że na buciku znajduje się krew. Odrzuca on obie kandydatury, by odkryć, że prawdziwą właścicielką butów jest Kopciuszek. Siostry dochodzą do wniosku, że skoro żadna nie może być żoną księcia, to warto wyciągnąć zysk z bycia jego szwagierką. Wybierają się na wesele, lecz tam czeka na nie ponura niespodzianka. W ramach kary "potulne gołąbki" wydziobują im oczy. W innej wersji jest jeszcze gorzej:

"Zła macocha próbuje wepchnąć Kopciuszka do pieca, ale przez pomyłkę zabija w ogniu własną córkę".

     No i „Śpiąca Królewna”. Co prawda jest to baśń autorstwa Charles’a Perraulta, jednak istnieje również w wersji braci Grimm, którzy spisali przekazywaną ustnie wersję bajki. Romantyczna historia o wielkiej miłości i pokonaniu dzięki niej problemu ze sennością właściwie jest opowieścią o gwałcie i walce z teściową. Nie ma bowiem mowy o tym, że pocałunek Księcia obudził królewnę, by mogli „żyć długo i szczęśliwie”. Książę bowiem „skonsumował związek” w trakcie snu wybranki i dopiero urodzone z tego sennego pożycia dzieci, gryząc ją, podczas ssania mleka z piersi, budzą ze snu.  W jednej z wersji teściowa, nota bene ludożercza olbrzymka, próbuje również "ugrać" coś dla siebie  zjadając swoje wnuki, co jednak przebudzenie Królewny uniemożliwia. A towarzyskim smaczkiem jest też to, iż ponoć Książę, gdy uwiódł naszą bohaterkę już był „żonaty i dzieciaty”.

     Kończę już ten bajeczny horror bajką "Mogiłka", którą przytoczę w całości bo krótka (choć uprzedzam drastyczna):

   "Było sobie niegdyś uparte dziecko, a nie robiło nic, czego chciałaby matka. Dlatego nie miał w nim Bóg upodobania, zesłał nań chorobę i żaden lekarz nie umiał mu pomóc. Wnet leżało na łożu śmierci. Gdy opuszczono je do grobu i przykryto ziemią, nagle wyłoniła się z niej rączka i sięgała w górę, a przysypywanie jej świeżą ziemią nic nie dawało. Rączka ciągle wychodziła na wierzch. Matka musiała tedy podejść do grobu i chłostać rączkę rózgą, a gdy to uczyniła, rączka schowała się i dziecko odnalazło swój pokój pod ziemią."

    Niewątpliwie powyższe bajki szokują. Jednak trzeba pamiętać, iż powstawały w zupełnie innych czasach, gdy styczność ze złem i okrucieństwem było czymś oczywistym już od najmłodszych lat. Dzieci uczestniczyły w życiu dorosłych często bez taryfy ulgowej.  Nawet dzisiaj zdaniem wielu psychologów nie powinno się pozbawiać dzieci możliwości konfrontacji ze strachem i złem w baśniach, które mają funkcję terapeutyczną i pomagają uporać się z prawdziwymi, życiowymi lękami.

No tak... Być może jest w tym sporo racji lecz przyznam się, że swoim dzieciom raczej zafundowałabym  taką terapię raczej dopiero teraz, gdy są u progu dorosłości.


Cytaty za: ciekawostkihistoryczne.pl

tekst bajki "Mogiłka" za grimmstories.com

Fortuna, namiętność, zdrada i... złoty cadillac (Opowieści kryminalne)

2020-04-14       

    W dzisiejszym wpisie wracam w klimaty kryminalne i mam dla Was niezwykłą historię, w której można odnaleźć piękną kobietę, przystojnych mężczyzn, ogromne pieniądze, urodę, wdzięk, blask śmietanki towarzyskiej a także seks, chciwość, zdradę i złamanie obyczajowego tabu, aż w końcu i... Zapraszam.
    Stany Zjednoczone, początek lat sześćdziesiątych, okres do którego "Jankesi" wracają z nostalgią. W dobrym samopoczuciu utwierdza Amerykanów powojenny  okres prosperity lat pięćdziesiątych. Jego koło zamachowe jeszcze się toczy i dopiera dekada lat siedemdziesiątych zburzy tę przedziwną, narodową "bańkę mydlaną". Z drugiej strony na horyzoncie już pojawiają się lewicujące prądy, na ogół wśród ówczesnej młodzieży, zarzucające wcześniejszym pokoleniom konformizm i nadmierną racjonalność, szukające samorealizacji w pogłębionej duchowości i niewahające się odnajdywać ją również w eksperymentach z środkami odurzającymi. Wszystko to zapewne jest ciekawe, jednak nasza opowieść toczy się w kręgach, gdzie wciąż jeszcze na topie jest amerykańska bajka o "pucybucie, który został milionerem".

    I tu pojawia się pierwszy bohater naszej opowieści. Ktoś, kto dokładnie uosabia mit amerykańskiego symbolu sukcesu -  Jacques Mossler. Urodził się w Rumunii i jako młody chłopak wraz z rodziną wyemigrował do Stanów by osiedlić się w Chicago. Po śmierci ojca, młodzieniec zmuszony został rzucić szkołę by pomóc w utrzymaniu rodziny. Zaczął swą niebywałą karierę od sprzedaży gazet, potem wyszukiwał coraz bardziej dochodowe zajęcia by wreszcie odnaleźć "swoją niszę" , która poprowadziła go na wyżyny finansowe i społeczne. Stworzył sieć punktów kredytowych, nastawionych na udzielanie pożyczek na zakup produktu, który szturmem wchodził w codzienność społeczności amerykańskiej - samochodów. Nie oszukujmy się, Mossler nie stronił od lichwy i brudnych zagrywek a one przysporzyły mu wraz z upływem lat sporą grupę wrogów. Ożenił się z przyjaciółką z lat młodzieńczych, urodziły się im cztery córki, jednak małżeństwo nie przetrwało próby czasu i Jacques rozwiódł się u schyłku lat czterdziestych. Przystojny, bogaty rozwodnik na ogół nie pozostaje zbyt długo sam więc i nasz bohater szybko pocieszył się po nieudanym związku. Na jednym z balów charytatywnych poznał piękną, platynową blondynkę Candace, zwaną pieszczotliwie Candy. Dziewczyna miała dwadzieścia osiem lat, podobnie jak Mossler, nieudany związek za sobą, dwójkę dzieci i stworzoną przez siebie agencję modelek. I choć pochodziła z rolniczej, wielodzietnej rodziny i miała niełatwy start w życie, to dzięki przedsiębiorczości, uporowi i niebywałemu wdziękowi trafiła na nowoorleańskie salony, gdzie zetknęła się z naszym bohaterem. Jacques stracił dla niej głowę. Jej niebywały urok, południowa słodycz, elegancja i uroda sprawiły, że już w pół roku po poznaniu ożenił się z nią.

75202561.jpg

Jacques Mossler

    Oczywiście, nie trzeba mówić, że dla Candy  było to prawdziwe spełnienie  bajki o Kopciuszku i niebywały awans społeczny. Została panią ogromnego, pełnego przepychu domu w Houston, mąż rozpieszczał ją kosztowną biżuterią i samochodami, obsypywał prezentami i oddał do dyspozycji "skromne" kieszonkowe - pięć tysięcy dolarów miesięcznie. Jednak sama rola żony nie wystarczała Candy, zasiadła w zarządzie firmy męża ale i też z dużym zaangażowaniem oddawała się inicjatywom społecznym. O niej samej i jej działalności charytatywnej nieraz pisano w miejscowych gazetach. Jej dobroczynność nie była jednak stworzona jedynie na potrzeby wizerunku celebrytki, gdy jednego razu dowiedziała się o szokującej sprawie zabójstwa pewnej kobiety przez męża i pozbawienia, w wyniku tego, opieki nad ich czwórką dzieci, bez wahania postanowiła je wraz z mężem adoptować.
75202846.jpg
Candy Mossler

  Chyba lubiła, gdy w domu było gwarno i rodzinnie bo gdy jej rodzona siostra poprosiła o pomoc dla swojego syna, również i jego przyjęła pod swój dach. Na początku lat sześćdziesiątych Melvin Lane Powers, przystojny, wysoki, blisko dwudziestoletni siostrzeniec zamieszkał wraz z Mosslerami. Ciotka zajęła się wprowadzaniem go w kręgi towarzyskiej śmietanki, a jej mąż zapewnił intratną posadę w swojej firmie. Chłopak, można powiedzieć "złapał Pana Boga za nogi" i przez dwa lata żył wraz z wujostwem w dobrej komitywie.
75202781.jpg
Melvin Lane Powers

   Jednak ta sielanka była dość pozorna. Z czasem coraz głośniej słychać było plotki, iż więź cioci i siostrzeńca wcale nie jest taka czysto rodzinna, a wręcz że zeszła na zupełnie niedozwolone ścieżki. Pogłoski o tym dotarły również i do Jacques'a Mosslera i choć trudno było mu w to uwierzyć, przeszukał rzeczy żony w poszukiwaniu dowodów i natrafił na jej pamiętnik. Wpisy w nim potwierdziły jego obawy. Candy miała romans ze swoim dwadzieścia jeden lat młodszym siostrzeńcem. Społeczność amerykańska jest na ogół pruderyjna, bywa czasami, iż w pewnych kręgach swoboda seksualna postrzegana jest z większą tolerancją. Jednak i tu, w kręgach wyższej society złamanie tabu kontaktów seksualnych z krewniakiem jest niewybaczalne. Słodka Candy spotkała się z obyczajową dezaprobatą, nie tylko potępiono ją a zaczęto również wytykać jej pochodzenie i doszukiwać się w nim przyczyny braku moralnego szkieletu. Mąż zaczął rozważać kwestię rozwodu, chciał również wnieść sprawę przeciwko Melvinowi o zniszczenie małżeństwa, prawnicy jednak doradzili wstrzymanie się z tym, a jedynie doradzili pozbycie się siostrzeńca żony z otoczenia. Mossler wyrzucił więc Powersa z posiadłości oraz z firmy, tamten nie przyjął tego ze skruchą, wręcz przeciwnie wygrażał się wujowi "na odchodnym" i zapowiedział, że wróci a Mossler gorzko pożałuje swej decyzji.
75202819.jpg

    Sama para małżonków również wstrzymała się z krokami rozwodowymi, podyktowane to było raczej nie chęcią odbudowy związku, co względami finansowymi. Pozorne zawieszenie broni trwało do 29 czerwca 1964 roku.
   We wczesnych godzinach porannych 30 czerwca do mieszkania multimilionera wkroczyła policja. Na miejscu zastali zszokowaną Candy, która zaprowadziła ich do pokoju, w którym leżał zamordowany Jacques Mossler. Otrzymał ponad trzydzieści pchnięć nożem a jego głowę rozbito szklaną figurką. Do samej rezydencji nie odnaleziono śladów włamania, a sąsiedzi zeznali, iż w nocy słyszeli szczekanie psa Mosslera i pokrzykiwania. Utrzymywano nawet, iż ktoś widział męską sylwetkę osoby wybiegającą w nocy z domu.
   Pani Mossler zeznała, iż w nocy miała niezwykle silny atak bólu migrenowego i wraz z dziećmi udała się do szpitala po pomoc. Zbrodnię na mężu odkryła po powrocie. Zasugerowała, iż napad może mieć podłoże rabunkowe lub... seksualne. Opowiedziała, iż podejrzewa męża o romans homoseksualny, który mógł zakończyć się zbrodnią, co miał potwierdzać strój zamordowanego. Ubrany był bowiem jedynie w szlafrok. Morderstwa dokonano z okrucieństwem i pod wpływem silnych emocji, na co wskazywały liczne rany. Sama Candy nie mogłaby zabić Mosslera bowiem nie byłoby to fizycznie możliwe. Dochodzeniowców na pewne tory skierował pamiętnik zabitego. Opisał on tam ostatnie dni oraz zdradę żony i siostrzeńca. Podejrzenia o mord zostały skierowane na Melvina Powersa. Miał motyw, wygrażał się ofierze a i fizycznie zdołałby powalić męża ciotki. Nie bez znaczenia jest fakt, iż  wraz ze swoją kochanką, zyskaliby najwięcej na tej okrutnej zbrodni no i co ważne, w przeciwieństwie do ciotki nie miał alibi na czas morderstwa.
75202813.jpg

     Wkrótce opinia publiczna zaczęła domagać się aktu oskarżenia wobec Candace Mossler i jej siostrzeńca Melvina Powersa.
Proces Mossler-Powers rozpoczął się w 1966 roku i szybko stał się niebywałą sensacją medialną. Pisały o nim prawie wszystkie amerykańskie gazety, a na proces dostać się przeciętnemu obywatelowi wręcz graniczyło z cudem. Ludzie traktowali go niczym sensacyjno-obyczajowe przedstawienie, zabierając nawet ze sobą lunch, by nie opuszczać ciężko zdobytych miejsc na sali sądowej, a sam proces, jako niezwykle lubieżny, został zastrzeżony dla osób w wieku powyżej dwudziestu jeden lat.  Candy Mossler była reprezentowana przez najlepszych prawników obrony. Aby opłacić legendarnego obrońcę musiała oddać mu akonto część swojej fortuny w biżuterii, diamentach i futrach  bowiem majątek po mężu został do czasu zakończenia procesu "zamrożony". Za radą adwokatów Candy wróciła z Rochester w stanie Minnesota , gdzie leczyła się na migrenę w Mayo Clinic, by dać się aresztować. Na lotnisku, gdy wracała, zgromadziło się mnóstwo dziennikarzy, czując znakomity materiał medialny. Piękna blondynka czuła się jednak w tej sytuacji jak ryba w wodzie, wydawał się być niewzruszona oskarżeniami i kiedy reporterzy zarzucali jej cudzołóstwo, kazirodztwo i morderstwo, z rozbrajającym uśmiechem wyznała: „Cóż, nikt nie jest doskonały”. Gdy filmowano ją podczas opuszczania aresztu i gdy pozostali więźniowie krzyczeli i rzucali na nią przekleństwa, uśmiechała się i posyłała do kamery całusy.

    W trakcie procesu świadkowie zeznali, iż nawet po wyrzuceniu Melvina z posiadłości, para kochanków nadal się spotykała i kontynuowała romans. Widywano ich obściskujących się, całujących, wręcz ostentacyjnie zainteresowanych sobą. Małżeństwo multimilionera i blond piękności praktycznie istniało tylko na papierze.

75202826.jpg

    "Cudownie wyglądasz na zdjęciu w złotym swetrze, pięknie opina twoje piersi", "leżeliśmy w wannie blisko siebie, jesteś moim bogiem, zrobię wszystko dla twojej miłości" pisał zakochany młodzieniec, a kochanka odpowiadała: " nie musisz być o nikogo zazdrosny, tylko ty się liczysz".
    Jeden ze świadków zeznał, iż widział ich kiedyś razem, a Candy ubrana była w futro, kiedy się rozchyliło, widać było, iż pod nim jest zupełnie naga. Być może była to prowokacja wobec męża do poczynienia pewnych kroków bowiem jeśli to on zażądałby rozwodu, zyskiwałaby dużo więc niż, gdyby zrobiła to sama.
    W tragiczny czas w pobliżu ofiary widywano kochanka żony i wiele poszlak wskazywało, iż to on był mordercą. Znaleziono jego odciski palców w miejscu zbrodni, a na ubraniu ślady krwi (pamiętajmy, że to lata 60te i nie stosuje się jeszcze identyfikacji DNA).
Prokuraturze udaje się odnaleźć świadków, którzy "dolewają oliwy do ognia" już i tak niezwykle gorącego procesu. Dwóch byłych skazańców twierdzi, że dostali zaliczkę na poczet morderstwa Jacquesa Mosslera. Odnajduje się jeszcze jeden przestępca, który również twierdzi, iż dostał podobne zlecenie ale się go nie podjął. Oskarżyciele wysuwają argument, iż samo alibi oskarżonej również jest dość słabe, bowiem stać ją było w tamtą noc na wezwanie osobistego lekarza i nie musiała jechać wraz z dziećmi do szpitala, no chyba że chciała zostawić męża samego. Również sama otoczka skandalu działa na niekorzyść kochanków. Wydaje się, iż udowodnienie winy Candy i Melvinowi to "bułka z masłem".
75202816.jpg
     Jednak nie zapominajmy, iż Candy ma za sobą najlepszych adwokatów, pieniądze i coś, czego oskarżyciele nie docenili... niezwykły urok i słodycz. Medialnie czuła się jak ryba w wodzie w otoczeniu dziennikarzy i błysku flaszy, uwielbiała gdy otaczał ją tłum, rozdawała autografy, a fakt iż adoptowane przez nią dzieci deklarowały poparcie dla niej, również wpływał pozytywnie na jej wizerunek. Jej obrońcy podkreślali, iż oskarżeni mieli być sądzeni nie za zdradę czy obyczajowy skandal lecz za morderstwo, a tu ich winę trzeba niezbicie udowodnić.
   Na sali sądowej trwała walka. Na świadków oskarżyciele powołali owych przestępców, którzy mieli dostać zlecenie na zabicie, jednak oni nie ukrywali, że są gotowi zeznawać choćby tylko dla samej "wycieczki" na zewnątrz murów więziennych. Jeden z nich opowiedział o swoich doświadczeniach z narkotykami, co kompletnie "spaliło" go w oczach przysięgłych. Obrońcy jako linię obrony przyjęli dyskredytację linii oskarżenia i sami nie powołali swoich świadków, co oznaczało prawo do ostatniego głosu. Mecenas w końcowej mowie pokazał cały swój kunszt oratorsko-prawniczy i wykazał iż oskarżenie nie udowodniło winy Candy Mossler i  Melvina Powersa. Po trzech dniach obrad i sześciu nierozstrzygniętych głosowaniach wreszcie sędzia ogłosił wyrok o... niewinności pary kochanków.  
     Mordercy  Jacques'a Mosslera nigdy nie odnaleziono bowiem policja i prokurator odmówili kontynuowania poszukiwań  podtrzymując swój wstępny wniosek, że to Candace Mossler i jej kochanek popełnili przestępstwo.
    Oni sami niczym w bajce odjechali w kierunku zachodzącego słońca złotym cadillacem, jednak Candy zapytana, o to czy zamierza wyjść za mąż za Mela odpowiedziała "ależ skąd?". Przez jakiś czas byli jeszcze parą, potem Candy wyszła za mąż za kogoś innego. Zmarła pięć lat później w wyniku przedawkowania leków przeciw migrenie, w wieku pięćdziesięciu sześciu lat. Na jej pogrzebie pojawił się siostrzeniec w towarzystwie "atrakcyjnej blondynki". Z biegiem lat stał się ekstrawaganckim deweloperem nieruchomości, uwielbiającym styl  a'la "kowbojskie buty ze skóry aligatora", posiadającym ogromny jacht i oscylującym między bogactwem a bankructwem. Zmarł w 2010 roku.

Miłosne dylematy u szczytu... władzy

2020-04-05       

    Mamy teraz więcej czasu na domowe zajęcia, zwolnienie  biegu życiowego, zadumę ale i również na przyjrzenie się sprawom sprzed lat, ba nawet wieków. Podsuwam trochę przeredagowany i " podrasowany" tekst sprzed kilku lat, w którym znaleźć można i politykę, i sprawy wielkiego świata, ale i słabostki ludzkie, intymne wynurzenia, namiętności i to, co lubimy, choć się nie przyznajemy do tego, ploteczki o bliźnich.  Z pozdrowieniami #Zostańwdomu

   Nieograniczona władza daje nie tylko możliwość wpływania na wszelakie aspekty państwa i jednostek lecz również do możliwości posiadania (prawie) każdej kobiety. Słusznie zauważył Henry Kissinger: "Władza to największy afrodyzjak".

   Zacznę od króla cieszącego się powszechnym szacunkiem i otoczonego nimbem zwycięzcy - Jana III Sobieskiego. Jego skłonność do Marii Kazimiery d’Arquien de La Grange, znanej jako Królowa Marysieńka, jest jedną z bardziej znanych historii miłosnych władców polskich. Sobieski, wykształcony i obyty w świecie, nie był nowicjuszem w erotycznych manewrach, jednak gdy ujrzał Marię Kazimierę na jednym z dworskich bali, pokochał ją od pierwszego wejrzenia i przyrzekł żyć tylko dla niej. Nie poszło niestety po jego myśli. Maria została poślubiona przez Jana „Sobiepana” Zamoyskiego, a nawet urodziła mu cztery córki (a później jeszcze piątą). Mąż okazał się pijakiem i hulaką i znudziwszy się wdziękami żony zostawiał ją samą na wiele miesięcy. I tu pojawia się sąsiad, dawny konkurent - Jan Sobieski. Ich romans, z różnym natężeniem trwał do śmierci "Sobiepana". Potem to już prawie jak w bajce, ślub, który w dworskich kręgach spotkał się ze zgorszeniem, ze względu na zbyt krótką żałobę panny młodej, mały wypad Marii do Francji aby wyleczyć się z "francuskiej choroby" pozostawionej w spadku przez pierwszego męża, koronacja Jana na króla, dzieci, rodzina. O tym jak gorąco kochał Sobieski swą Marysieńkę świadczą fragmenty z listów do niej:
"Nie racz mi za złe mieć: mnie nie kapucynem ani kamedułem natura stworzyć chciała. Wszyscy na świecie ludzie, którzy mię znali, wierzyć temu nie mogli, abym się jedną żoną obejść mógł, a ja i z tą jedną cały rok już nie mieszkam, co nie tylko że się przyrodzeniu przykrzy, gdy mu się taki gwałt czyni, jako nie może być większy, ale i zdrowiu tak szkodzi, że już nie może bardziej. Ustawiczna gorączka dzień i noc, krosty po ciele, dymy do głowy takie, że się ledwie nie rozpada, a najbardziej począwszy od wiosny. W kolejnej epistole pisał frywolnie: A teraz całuję począwszy od busieńki, wszystkie śliczności, a najbardziej tyteńki, muszeczkę, pajączka i śliczne nóżeczki."
"Responsu na dwa listy moje nie mam jeszcze od Wci serca mego, w których prosiłem i teraz proszę, abyś mi oznajmiła o muszce, jeśli jej nie tęskno i jeśli nie przypada też kiedy apetyt, to uczyń tę rzecz; bom ja już ledwo żyw bez tego, moja duszo, ani spać, ani jeść, ani pić, ani chodzić, ani siedzieć niepodobna, żeby to milion razy na myśl przyjść nie miało, ale do ślicznej tylko muszeczki, którą całuję milion"
   Liczne rozłąki wpisane były w ich pożycie, ale wracając do domu, król zwykł uprzedzać małżonkę o rychłym przybyciu i życzył sobie, by żona nie myła się przez kilka dni. Jednak i oni nie ustrzegli się przed "złymi językami", które zarzucały królowej, iż przyprawia rogi swemu wojowniczemu mężowi choć nie zostało to potwierdzone a prawdą jest, iż po jego śmierci z nikim się nie związała. Jak zauważył jeden z naszych historyków :"wypada podkreślić, że Marysieńka tworzyła ze swym Jachniczkiem jedną z najbardziej dobranych par, jakie zasiadały na polskim tronie."


   Zapewne nie mniej bogate życie intymne miał wielki "Mały Kapral" - Napoleon Bonaparte. Cnotę swą stracił z premedytacją, nazywając ją "doświadczeniem filozoficznym" z prostytutką, w wieku osiemnastu lat. Jego największą miłością życia była równie kontrowersyjnie "liberalna" pod tym względem Józefina de Beauharnais, choć ich noc poślubna okazała się niewypałem - piesek Józefiny ugryzł świeżo poślubionego w nogę, a wściekły Bonaparte wyszedł i resztę godzin do rana poświęcił na studiowanie taktyki i strategii. Potem to działo się niczym w najlepszym brazylijskim serialu - schodzili się, kochali, kłócili i zdradzali. Ciekawostką jest to, że Napoleon również jak Sobieski lubił aby jego kobiety nie myły się zbyt często ale i też fakt, że miał słabość do militariów w alkowie.
   Cesarz Francuzów był człowiekiem uporządkowanym nawet w tej delikatnej materii. Albert Sylwian napisał o nim: "W owej dobie  jego apetyt seksualny przybrał formę wilczego głodu. Jako człowiek metodyczny, zorganizował odpowiednio do tego swoje życie osobiste. O dwa kroki od biura miał wkrótce buduarek, stosowny dla szybkich, a dyskretnych spotkań". I nie łudźmy się, że Mały Kapral darzył płeć piękną szczególną estymą, możemy się o tym przekonać się czytając zapiski pozostawione przez hrabiego Emmanuela de Las Casesa –  towarzysza zdetronizowanego monarchy na wyspie św. Heleny. Według jego świadectwa z ust Napoleona padały takie mądrości:
"My ludzie zachodu mamy o nich całkowicie błędne zdanie. Darząc niewiasty zbyt wielką atencją, zburzyliśmy naturalne relacje między obu płciami. Popełniliśmy wielki błąd traktując je niemal na równi z mężczyznami. O wiele sprawiedliwiej i rozsądniej postępują ludzie Wschodu, gdzie niewiasta należy w istocie do mężczyzny, bo przecież naturalną koleją rzeczy kobiety są naszymi niewolnicami. To że ośmielają się nami rządzić, wynika jedynie z naszego niezrozumiałego postępowania. Niewiasty wykorzystują przymioty dane im przez naturę, aby nas zwodzić i nami kierować. Na jedną dzięki której dobro czynimy, przypada sto takich, przez które popełniamy głupstwa."
   My Polacy lubimy jednak sięgać do historii o nim i pięknej Polce czyli do romansu z Marią Walewską, podsuniętą mu przez jej stetryczałego męża. Złożona w ofierze na ołtarzu Ojczyzny, zemdlała "w trakcie", co nie przeszkodziło Bonapartemu dokończyć dzieła. Jak wiemy jednak ich romans wydał owoce w postaci potomstwa ale i ponoć większej sympatii Cesarza dla rodaków kochanki. Jej samej podarował naszyjnik ze złota z diamentami, pałacyk w Paryżu oraz wiele innych posiadłości ziemskich.
   Wróćmy jednak do samego Napoleona, jego miłosnych podbojów i plotek o nich; ponoć wśród jego licznych kochanek znalazła się tak niezwykle ognista Włoszka, że jej namiętność "zwichnęła mu przyrodzenie".
   Gdy Bonaparte, który za wszelką ceną dążył do pozostawienia po sobie legalnego dziedzica, "dostał rękę" habsburżanki Marii Luizy, ślub musiał odbyć się per procura, jednak zaraz po nim panna młoda udała się w podróż na spotkanie panem młodym. Do ich "sam na sam" doszło w lesie pod Compiégne i tu również Napoleon nie bawił się w konwenanse, wsiadł do karety małżonki i natychmiast skonsumował związek.
   Po jego śmierci dokonano sekcji zwłok, lekarz który je  przeprowadzał stwierdził, że Cesarz był blady i nieowłosiony, a przyrodzenie miał niewielkie. Najbardziej żenujące jest to, że zostało ono odjęte, zakonserwowane i w 1969 roku dom aukcyjny Christie's wystawił je na sprzedaż.
 

   Mumifikacji, jak wie (prawie) każdy z nas, poddano również Włodzimierza Ilijcza Uljanowa.
   W niezliczonych biografiach i różnorakich wspomnieniach, daremnie szukać najmniejszej wzmianki o sprawach sercowych Lenina. Można odnieść wrażenie, że pochłaniały go całkowicie książki i rewolucyjne marzenia, a sam wódz Rewolucji Październikowej był przykładnym mężem. Za młodu pociągały go dwie kobiety: Nadieżda Krupska i Apollinaria Jakubowa. Tej drugiej oświadczył się, ale został odrzucony. Ponoć, gdy trafił do więzienia za działalność wywrotową, napisał do obu pań aby pojawiły się pod oknem jego celi. Prośbę spełniła tylko Nadieżda. Nie była piękna. Pisarz Ilja Erenburg zauważył, że "jeden rzut oka na Krupską i wiadomo, że Lenin nie interesował się kobietami".
   Powyższe to jednak tylko pozory, Uljanow od kobiet nie stronił, a nawet, jak wiele wskazuje, miał również wielką skłonność do "burżujek".
   Zagadkową postacią jest kobieta, która pojawiła się w jego życiu już po ślubie z Krupską, Inessa Armand. Tworzyli przez wiele lat przedziwny trójkąt; rewolucjonista, który o kobietach mówił, że nie spotkał jeszcze takiej , która by przeczytała cały „Kapitał”, zrozumiała kolejowy rozkład jazdy i potrafiła grać w szachy, schorowana i wpatrzona w męża żona i Francuzka z dość bujną przeszłością. Wiele wskazuje na to, że była jego kochanką, gdy zmarła, jej ciało sprowadzono do Moskwy (przed śmiercią rozstali się) i pochowano w ołowianej trumnie pod murami Kremla, a Lenin z Krupską zajęli się wychowaniem jej dzieci.
   Sam Uljanow zmarł cztery lata później. Sekcja wykazała, że cierpiał na zaawansowany syfilis. Gdzie go złapał, nie wiadomo.


   Inteligentny i towarzyski, świetny śpiewak, lubiący róże i mimozy zmieniający się ponurego, zimnego i bezlitosnego satrapę - Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, znany prawie każdemu na świecie jako towarzysz Stalin. We wczesnych latach młodości był innym człowiekiem niż zapamiętała go historia. Miał dwie wiele miłości: żonę Kato, czyli Jekaterinę Swanidze i rewolucję. Ta druga jednak zdominowała wszelkie inne aspekty życia Stalina i mimo, iż zdawał się być bardzo szczęśliwy z małżonką i małym synkiem, bez wahania zostawiał ich, a wręcz zapominał na długie tygodnie. Taka miłość wykańczała Kato, wpadła w depresję, chudła, marniała, a sam Stalin zdawał się nie dostrzegać zbliżającego się końca życia żony. Przyjechał do niej dopiero wtedy, gdy leżała na łożu śmierci w Tyflisie choć ponoć po jej śmierci płakał jak dziecko. Wszystko wskazuje na to, że były to ostatnie ludzie odruchy dyktatora, późniejsze swoje kobiety traktował wręcz okrutnie. Jego druga żona, młodsza o dwadzieścia jeden lat, Nadia była jego sekretarką. Początkowo nie było źle w tym związku, Nadieżda Alliłujewa urodziła Stalinowi dwójkę dzieci. Jednak nie byli dopasowani, ona neurotyczna i zazdrosna, on coraz częściej pokazywał swoje prawdziwe oblicze mrocznego despoty. Ona już za młodu była prawie inwalidką, miała za sobą przynajmniej dziesięć aborcji, stany depresyjne, okropne migreny, problemy ze sercem, on okrutny i chamski, nie liczył się z najbliższymi - poniżał ich, pluł przy stole, rzucał w domowników resztkami jedzenia. Ponoć Stalin nie był kobieciarzem lecz też nie pozostawał obojętny na ich wdzięki. Miał mnóstwo adoratorek, uwielbiały go, pisywały listy, wyznawały miłość:
"Drogi towarzyszu Stalin, niedawno śnił mi się pan… Mam nadzieję, że dostąpię audiencji. Załączam swoją podobiznę" - pisała pewna nauczycielka z prowincji.
   Do prawdziwej katastrofy doszło pewnego wieczoru, podczas którego wydano uroczystą kolację z okazji piętnastolecia Rewolucji. Małżonkowie pokłócili się, on zwrócił jej uwagę, że nie podnosi kieliszka w toaście; "Ej ty, wpij", ona odparła: "Nie jestem dla ciebie ej ty". Upokarzał ja na każdym kroku, wyzywał, rzucał w nią jedzeniem, w trakcie kolacji dzwonił do kochanki. Nadia starała się zachować spokój, wyszła z kolacji. Stalin pojechał spędzić resztę nocy w objęciach innej kobiety. Rano znaleziono Nadię martwą, oficjalnie podano, że zmarła na atak wyrostka robaczkowego, choć niektóre źródła twierdzą, że popełniła samobójstwo strzelając do siebie, inne, że wieszając się, a jeszcze inne sugerowały, że było to zabójstwo bo na szyi miała ślad po duszeniu. Co do bezpośrednich powodów śmierci też nie ma jednoznacznej odpowiedzi; zamordowano ją, miała dostać zlecenie na zabicie dyktatora ale nie umiała tego zrobić i doprowadzona została do rozpaczy targnęła się na życie, choć można też się dokopać do informacji, iż zrobiła to  bo Stalin podczas tamtej kolacji wyznał jej, iż jest jego córką - miał kilkumiesięczny romans z jej matką około roku przed jej narodzinami.
   Dżugaszwili podejrzewany był również o skłonności homoseksualne choć głęboko skrywane. Oficjalnie wielki wróg związków jednopłciowych wykazywał wielkie zamiłowanie do typowo męskich popijaw, a w aktach dotyczących naturalistycznej sztuki XIX-wiecznych malarzy pozostawił dziwne, niewybredne komentarze. W podobiźnie nagiego starszego mężczyzny Stalin dostrzegł podobieństwo do jednego ze swoich kolegów, Michaiła Kalinina: "Co taki chudy jesteś, Michaile Iwanowiczu? Pracuję. - Onanizm to nie praca. Zajmij się marksizmem, he he – dopisał na obrazku." Na innym dał taki wpis: "Nie siedź gołą dupą na kamieniu. Idź do Komsomołu albo na robotniczy fakultet". Czy to jednak jest dowodem na homoseksualne skłonności czy tylko jedynie na niewybredne poczucie humoru?

   O mocno skrywane skłonności do homoseksualizmu podejrzewany jest inny, równie straszliwy dyktator - Adolf Hitler. Już za młodu i w tej delikatnej materii, jaką jest intymna strona człowieka Hitler popadał w skrajności. Podczas pobytu we Wiedniu zakochał się w dziewczynie, którą znał jedynie z widzenia i nigdy nie zamienił nawet słowa. Ta jego platoniczna miłość trwała 4 lata i przerodziła się w dziwną obsesję. Pisywał dla niej wiersze, wyobrażał jak biorą ślub, tworzą rodzinę, a gdy uroił sobie, że się na niego gniewa popełnił, jak się zresztą później okazało, sfingowane samobójstwo. To nie przeszkadzało mu korzystać z płatnej miłości, co spowodowało, że zaraził się, nieuleczalną wtedy, kiłą.
   Wraz ze wzrostem jego wpływów i władzy rosło powodzenie u płci pięknej. Jedną z pierwszych ofiar bliskich kontaktów z Führerem była jego o dziewiętnaście lat młodsza siostrzenica Angela Raubal, przez wszystkich zwana Geli. Chociaż już wcześniej, zapewne nie przez przypadek, dwie z jego kochanek próbowały popełnić samobójstwo. Sama Angela prawdopodobnie odebrała sobie życie (chociaż istnieją poszlaki, że została zamordowana), po tym jak wuj osaczył ją, zamknął i zagarnął wyłącznie dla siebie. Przed śmiercią żaliła się przyjaciółce, że Hitler jest potworem i zmusza do rzeczy wyjątkowo obscenicznych.
   Najbardziej znaną partnerką jest Ewa Braun. Hitler i jego otoczenie rozpowszechniali tezę, jakoby nie miał on prywatnego życia i dniem i nocą poświęcał się dla narodu niemieckiego. Dlatego otoczył swoją długoletnią towarzyszkę życia murem milczenia i tajemnicy. Ewa, młodsza o dwadzieścia trzy lata, traktowana była przez niego instrumentalnie. Mówił, że "bardzo inteligentni ludzie powinni brać sobie prymitywną żonę”. A ona była mu bardzo oddana i lojalna. Mogła uniknąć losu swego okrutnego kochanka, jednak zdecydowała, że pozostanie z nim do końca i razem popełnili samobójstwo.
   Były i inne kobiety i to nie tylko Niemki. Wśród nich znaleźć można aktorki, działaczki polityczne, sportsmenki, arystokratki, jednak żadna z nich nie zakpiła tak z niego jak... jego córka Gizela. Mówiono, że jej matką była Tillie Fleischer, oszczepniczka i zdobywczyni dwóch olimpijskich medali podczas berlińskiej olimpiady 1936 r. Po tym, jak Leni Riefenstahl sfilmowała Führera gratulującego zwycięskiej sportsmence, mieli jakoby ośmiomiesięczny romans. Gizela gdy dorosła, przyjęła judaizm i poślubiła Żyda, syna rabina Francji, który zginął w jednym z hitlerowskich obozów śmierci. Ot, ironia losu.
   A sama historia każdego dnia dopisuje nowe karty miłosnych dylematów u szczytu władzy.

Starożytni koledzy koronawirusa

2020-03-21       

Szaleństwo koronawirusowe zapewne potrwa jeszcze wiele dni, a pierwsza połowa 2020 roku niewątpliwie przejdzie do historii. Trwają spekulacje, w jaki sposób trafił do ludzi niebezpieczny wirus COVID-19 i i jak doszło do zarażenia "pacjenta zero". Jakkolwiek jednak został nam przekazany, zbiera śmiertelne żniwo i sieje ogromny strach. I co, zdaje się nie być zbyt optymistyczne, bardzo prawdopodobne, iż nie jest on jedynym "małym", "nowym" wrogiem ludzkości. 

Globalne ocieplenie to równie kontrowersyjny temat, co ten na wstępie. Jedni się nim przejmują, inni lekceważą, wielu w myśl powiedzenia "po nas choćby potop" odsuwają go jako, nie przystający do naszej, codziennej, zwykłej krzątaniny życiowej. 

Jedną czwartą lądu na półkuli północnej pokrywa wieczna zmarzlina - permafrost, zwana też marzłocią trwałą. I nie jest to koniecznie lód, jest to część skorupy ziemskiej, która przez cały rok znajduje się w ujemnej temperaturze (wg definicji przez przynajmniej 2 lata). Co ciekawe, ogromna część wiecznej zmarzliny to węgiel. Naukowcy oszacowali, że znajduje się w niej cztery razy tyle węgla, ile w czasach nowożytnych ludzie wyemitowali do atmosfery.  Marzłoć kryje w sobie również ogromne ilości metanu. Ilość tego gazu jest na tyle duża, że jeśli zacznie uwalniać się, będzie radykalnie wpływać na globalne ocieplenie. Doprowadzi to do katastrofalnej zmiany klimatu, poważnie demolując ekosystemy naszej planety. I możecie wierzyć albo nie, ale tę skutą lodem ziemię na północnej półkuli uważa się za tykającą bombę ekologiczną. Twarda jak beton gleba zamienia się w step lub bagna, a na jej powierzchni tworzą się całe pola jeziorek, które przewodzą ciepło z powierzchni w głąb gleby. Naukowcy przypuszczają, że niemal cała leżąca blisko powierzchni zmarzlina zniknie do końca XXI wieku. 
fot_066_A31.jpg
Wieczna zmarzlina w Islandii (wikimedia.org)

Jednak, nie o węglu i metanie chciałam pisać (choć to ciekawe i ważne aspekty), a o innym niebezpieczeństwie drzemiącym w rozmarzającym permafroście - o żyjących dziesiątki tysięcy, ba! miliony lat temu na Ziemi, organizmach. Według różnych wyliczeń w zaledwie jednym gramie wiecznej zmarzliny może znajdować się od jednego do tysiąca milionów bakterii i wirusów. Są to organizmy nieznane współczesnej nauce, a ich istnienie uświadomiliśmy sobie, można rzec, zupełnie niedawno. 
W 2014 roku światem naukowym wstrząsnęła wiadomość, że w Jakucji wydobyto z wiecznej zmarzliny dwie rodziny olbrzymich wirusów i określono ich wiek na 30 tysięcy lat. Stworzenia te nazwane zostały pitowirusami (Pithovirus sibericum) i moliwirusami. Obecnie znane są cztery rodziny olbrzymich wirusów; mimiwirusy, pandorawirusy, pitowirusy i moliwirusy. Pocieszające, iż według ustaleń naukowców, reanimowane (sic!) mikroby zarażają jedynie amebom. Jednak, nie ma pewności, czy inne, drzemiące jeszcze w permafroście, też mają takie "ograniczenia"? Przecież neandertalczycy wyginęli właśnie około 30 tysięcy lat temu i do dziś nie znamy prawdziwego powodu ich zagłady. "Teoria spiskowa"? No może, jednak faktem jest, że bardzo gorące lato 2016 roku (a takie ostatnio nie są rzadkością) spowodowało, iż na Półwyspie Jamalskim niespodziewanie pojawił się wąglik. Zarażonych zostało dwa tysiące reniferów, a także około dwudziestu osób, w tym dwunastoletni chłopiec, który zmarł. Ktoś może pomyśleć - nic takiego, choroba ta przecież wciąż jeszcze pojawia się na całym świecie. Jednak w tym przypadku "nosicielami" okazały się padłe zwierzęta sprzed siedemdziesięciu pięciu lat, których szczątki uległy rozmrożeniu, a uśpione w nich bakterie uaktywniły się, przedostając się do wody i gleby, a stamtąd – do łańcucha pokarmowego. 

"... Cząstki wirusa są dobrymi kapsułami czasu, które zachowują swój kluczowy materiał genetyczny. To sprawia, że prawdopodobnie wiele prehistorycznych wirusów nadal może zarażać rośliny, zwierzęta lub ludzi - przekonuje prof. Jean-Michel Claverie z Narodowego Centrum Badań Naukowych (CNRS) przy Aix-Marseille Université - Wieczna zmarzlina do doskonałe miejsce do przechowywania wirusów i bakterii. Jest w niej zimno, ciemno i nie ma tlenu. W takich warunkach metabolizm komórek bakterii zwalnia, a w skrajnych przypadkach zupełnie się zatrzymuje. Minimalizowane jest również ryzyko uszkodzeń DNA. W rezultacie najprostsze organizmy mogą w doskonałym stanie przetrwać milenia, a gdy warunki się poprawią – ożyć".
db55dbe087daa6a9b13882ee17d7.jpeg

Powyższe informacje nie napawają optymizmem, jednak postaram się zakończyć ten artykuł w pogodniejszym tonie. Doktor Anatoli Brouchkov, szef Wydziału Geologicznego Uniwersytetu Moskiewskiego, odnalazł bowiem w Republice Sakarskiej, w miejscu znanym jako Mamucia Góra, liczącą trzy i pół miliona lat bakterię, której nadał imię Bacillus F.  Przeprowadził szereg  eksperymentów na roślinach, muszkach owocówkach i na myszach.  Procesy regeneracyjne roślin, zakażonych bakterią, były zaskakująco dobre, zwierzęta żyły dłużej, znacząco wzmocnił się ich układ odpornościowy, a jedna z myszy, która z powodu wieku nie była już zdolna do reprodukcji, wydała na świat zdrowe potomstwo. Sam Brouchkov, zafascynowany swoim odkryciem, zaryzykował i uznał, że przetestuje bakterię na sobie. Mówił, że zrobił to z ciekawości i, że nie nazywa tego eksperymentem naukowym. Dziennikarzom opowiadał, że czuje się fantastycznie. Gazecie "Siberian Times" zdradził, że od czasu, gdy wstrzyknął sobie bakterie to przez kolejne lata czuł się świetnie, przestał  chorować, był w stanie pracować bez zmęczenia, wręcz zyskał nadludzkie możliwości.
"Sądzę, że istnieją nieśmiertelne bakterie, nieśmiertelne istoty, takie które nie mogą umrzeć, a ściślej – takie, które są w stanie obronić się przez śmiercią – twierdził optymistycznie. – Nasze komórki nie potrafią chronić się przed procesami starzenia. Byłoby wspaniale, gdyby udało nam się odkryć mechanizmy zapobiegające starzeniu się komórek i wspomagające ich regenerację."
“Jeśli uda nam się odkryć w jaki sposób bakterie pozostają przy życiu, prawdopodobnie będziemy w stanie znaleźć narzędzie do przedłużenia naszego życia.” 
„Jest jeszcze za wcześnie, bym mógł ogłosić, że bakterie nie szkodzą, a zapobiegają starzeniu. Nadal prowadzę eksperymenty. Chcę dowieść, że ta nauka powinna się rozwijać. Działanie bakterii jest naprawdę niezwykłe”.
13.jpg

No cóż, nie musimy wierzyć w te rewelacje, jednak zdaje się, iż musimy oswajać się ze świadomością, że nieznane nam dotychczas patogeny będą pojawiać się "na arenie" coraz częściej i że, my ludzie, musimy zacząć poważnie przygotowywać na spotkania z nimi. 

Kobiety w starych, polskich przysłowiach

2020-03-07       

Dzisiaj daję " przedruk". Artykuł autorstwa pana Kamila Janickiego. Przyznam, ze mnie rozbawił ale i zastanowił - ile to powiedzeń o kobietach i ile w nich... hmm... Sami oceńcie.

Co żona ma wspólnego z suszonym dorszem? I jak można zapobiec gniciu kobiecej wątroby? Stare polskie przysłowia szokują zawartą w nich dawką szowinizmu. I mówią więcej o poglądach dawnych polskich mężczyzn, niż jakiekolwiek studium naukowe.

Samuel Adalberg – XIX-wieczny historyk i folklorysta – wspominał, że swój wielki projekt podjął w roku 1883. Przez przeszło pół dekady zbierał polskie przysłowia obecne w druku i w codziennym użyciu. Chwalił się, że powstało z tego łącznie 100 tysięcy kartek roboczego manuskryptu. Po skróceniu i zredagowaniu zostało tomiszcze zawierające około 3000 różnych wyrażeń i 3000 ich dodatkowych form.

Zbiór wydano w latach 1889-1894 jako Księgę przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Pierwsze takie kompendium w naszej historii – i do dzisiaj najbardziej ambitne.

Adalberg kolekcjonował powiedzenia o absolutnie każdej tematyce. W jego Księdze nie mogło zabraknąć także przysłów poświęconych kobietom. Od niektórych aż włos się jeży na głowie. Poniżej wybór naprawdę seksistowskich przykładów…

Przysłowia o biciu kobiet

„Kiedy mąż żony nie bije, to w niej wątroba gnije; a kiedy ją przechlasta, to w niej wątroba przyrasta” (niezwykle popularne przysłowie, do którego wracano nieraz w międzywojniu. Autor podał też wariant: „Mąż, mówią, kiedy swej żony nie bije, wnętrzna wątroba u jejmości gnije”)

„Kiedy mąż do dziewiątej skóry dobija, wtedy dobra żona”.

„Orzech, osioł, niewiasta równego przyrodzenia: to troje potrzebuje częstego uderzenia” (jedno z najpowszechniejszych, jak się zdaje, powiedzeń. Adalberg podał całe mrowie odmiennych wariantów. Co jeden, to bardziej odrażający. Kilka innych odmian poniżej).

„Stokfisz, orzech i żona, jednym kształtem żyją, nic dobrego nie czynią, kiedy ich nie biją”. (Dla wyjaśnienia pod słowem stokfisz, czy też sztokfisz, kryje się suszony dorsz).

„Orzech, osioł, dzwon, dziecię w jeden rząd się sadzą: jeżeli ich nie tłuczesz, ni nacz się nie zdadzą”.

„Orzech, osioł, niewiasta bez kija obejść się nie może”.

Stare przysłowia o kobiecej inteligencji

„Ile białych wron, tyle mądrych żon”.

„Kobiety rozumem nie przeprzesz”.

„Białogłowie pstro w głowie”.

„Każda żona ma swój rozumek i much po trosze w głowie”

„U kobiety włos długi, a rozum krótki”. (To przysłowie musiało być bardzo popularne, bo autor podał sporo jego różnych wariantów wypisanych ze starszej literatury. Przytoczył między innymi wersje takie jak: „U białychgłów długie włosy, ale rozum krótki”, „Baby mają długi włosy, a krótki rozum” czy „Długie włosy, a rozum jak u kokoszy”. Na koniec dopisał jeszcze swoje wyjaśnienie, czego w innych przypadkach się wystrzegał. „W pospolitym to przysłowiu jest: białogłowy dlatego włosy długie mają, że u nich krótki rozum” – stwierdził głosem znawcy).

Polskie przysłowia o starych kobietach

„Co tam słychać? Stare baby nie chcą zdychać”.

„Gdzie żony umierają, a konie się chowają, tam się majątek zrobi”.

„Co starej babie po jedwabie”.

„Dobre są baby, ale nie stare”.

„Kto starą babę pocałuje, sto dni odpustu dostępuje”.

„Każda kobieta dwa razy szaleje: kiedy się kocha i kiedy siwieje”.

Gadatliwość kobiet w polskich przysłowiach

„Jak drzwi, które nie skrzypią, tak żona, która milczy, najprzyjemniejsza”.

„Chceszli mieć co tajemnego, nie zwierzaj się żonie [z] tego”.

„Jedna baba w mieście więcej narobi hałasu, niżli chłopów dwieście”.

„Kapusty nie przesieka, baby nie przeszczeka”.

„Gdzie się zejdą trzy białogłowy, tam już jarmark gotowy”.

„Zachować co w sekrecie najciężej jest kobiecie”.

„Zawsze radzą dla pokus, ba i dla obmowy, każdy się strzeż w rozmowach starej białogłowy”.

„Już kiedy zacznie dobrodziejka, to i we śnie gębą myka”. (Tutaj Adalberg dodał, dla uniknięcia wątpliwości: „To jest gdy kobieta, gospodyni zacznie gderać, to już nie wie kiedy przestać”).

Małżeństwo w starych polskich przysłowiach

„Cudzy pieniądz nie pieniądz, a żona nie kobieta”.

„Co mąż, to wąż; co żona, to męczeńska korona”

„Żona nie zając, nie uciecze”.

Patriarchat i posłuszeństwo kobiet w przysłowiach

„Nie żona zdobi męża, ale mąż żonę”.

„Biada temu domowi, gdzie żona przewodzi mężowi”.

„Gdzie baba rządzi, tam czeladź błądzi”.

„Kobieta uparta szeląga nie warta”.

„Nie dobrze tam, gdzie mąż w spódnicy, a żona w gatkach chodzi”.

„Z dawna przypowieść, starzy pisali na ścienie: Biada mężowi, biada, który podległ żenie”.

Przysłowia o urodzie

„Nie pomoże bielidło, kiedy baba straszydło”.

Kobieca natura w przysłowiach

„Żona ładna zawsze zdradna”.

„Do kobiety i do konia z przodu się przystępuje”.

„Babska rzecz narzekać, a żydowska, założywszy ręce czekać” (czyli przysłowie o kobietach, z nutką antysemityzmu…).


Stara baba... na GD ;)

2020-02-08       

Sądzę, że wiele, z nas kobiet, może nie wiedzieć,  co to takiego Super Bowl, ale większość z nas kojarzy kim są i czym się zajmują - Shakira i Jennifer Lopez. Co łączy te dwie piękne panie i amerykańską hiper-imprezę? No i tu z pomocą pewnie przyjdzie większość z panów i podpowie - otóż w tegorocznym Super Bowl te dwie niewiasty wystąpiły dając niecodzienne show, „pozamiatały” i skradły serca i uwagę milionów widzów. W widowisku tym dały niezwykły pokaz talentu, profesjonalizmu, energii, dynamizmu i… sex appeal’u . I pewnie można jeszcze dodać parę komplementów  o ich urodzie, kondycji wokalnej i fizycznej, temperamencie. Jednak znalazły się również liczne głosy malkontentów z zarzutami, że … paniom w ich wieku takie coś nie przystoi.  Nie przystoi zatańczyć publicznie zmysłowy taniec brzucha, „powywijać” na rurze, odsłonić zgrabne uda i pośladki, nie przystoi być w tym wieku być ponętną kobietą. No bo jak, przecież one obie są już po czterdziestce. Shakira ma czterdzieści trzy a Jennifer nawet (o zgrozo!) pięćdziesiąt lat.

I tu przechodzę do sedna felietonu – postrzeganie i miejsce w dzisiejszych czasach kobiet po czterdziestce. Wrzuciłam właśnie takie hasło w google i pojawiła mi się masa przeróżnych artykułów. O stereotypach, o modzie , o makijażu, o tym, co wypada „w tym wieku”, że po czterdzieste panie chętnie wybierają na partnerów młodszych od siebie i wiele takich…. ogólnie „ pocieszających”. Jednak temat wydaje się być  w pewnym stopniu nadal  tabu , zarówno dla samych czterdziestolatek, jak też pozostałej części społeczeństwa. Kobieta(około) czterdziestoletnia to taki dziwoląg w szczególnym  momencie życia, bowiem znajduje się między dwoma pokoleniami i sama musi określić i odpowiedzieć sobie, do którego z nich jest jej bliżej.

„Kobiety mojego pokolenia są najlepsze. To tyle. Teraz mają po czterdzieści lat, są piękne, bardzo piękne, lecz spokojne, wyrozumiałe, wrażliwe i przede wszystkim diabelnie uwodzicielskie. Wszystko to mimo pojawiających się z wolna kurzych łapek, czy cellulitu na boczkach. To jednak czyni je tak bardzo ludzkimi, tak prawdziwymi… Pięknie prawdziwymi. „

-Sharone Stone w wieku 48 lat-

„Gdy jest się w moim wieku to jest tak jak z samochodem. Najpierw łapiesz gumę, ale to można łatwo naprawić. Potem wysiada reflektor – i to też da się naprawić. Ale pewnego dnia przyjeżdżasz do warsztatu i mechanik ci mówi: Bardzo mi przykro, ale takich części już nie produkują.”

Audrey Hepburn (albo Katherine Hepburn – internet nie może się zdecydować)


Współczesne czasy sprawiły, że wiek postrzegania kobiecej atrakcyjności wydłużył się, czego świetnym przykładem jest np. Halle Berry, Demi Moore,  lub choćby dwie panie ze wstępu mojego felietonu. A przecież jeszcze nie tak dawno magiczna czterdziestka sprawiała, że stawałyśmy się dla panów wręcz przezroczyste. Teraz  dbając o siebie, korzystając z poszerzającej się z każdą dekadą tolerancji dla wyrażania własnej seksualności  oraz dzięki kosmetycznej  rewolucji możemy śmiało powiedzieć, że granice wiekowych podziałów rozmyły się.

Wszystko to sprawiło, że w popkulturze zaczęły funkcjonować określenia dla pewnych typów dojrzałych kobiet. Najbardziej znane jest „MILF” (ang. mother I would Like to Fu*k -  delikatnie tłumacząc: mama, z którą chętnie poszedłbym do łóżka).  Ukute zostało w powiązaniu z komedią „American Pie”. Bycie MILF-ą seksualizuje kobiety, uprzedmiatawiając je i banalizując, sprowadza do określonej roli „ przedmiotu pożądania” młodych mężczyzn. Napotkać można również dość pejoratywnie nasycone określenie „kuguarzyca”. Są to definiując krótko: panie w średnim wieku „ polujące” i traktujące jako zdobycz znacznie młodszych od nich mężczyzn, nierzadko wykorzystujące ku temu swoją pozycję społeczną i  materialną. Ostatnio jednak natknęłam się na dość ciekawe określenie -  „WHIP” (ang. women who are hot intelligent and in their primes,  w tłumaczeniu: kobiety, które są atrakcyjne, inteligentne i przeżywają najlepszy okres w życiu), które wprowadziła „w obieg” pisarka Bibi Lynch. WHIP są nie tylko seksowne, z poczuciem humoru i dystansu do siebie, ale przede wszystkim w pełni świadome swojego ciała dojrzałe kobiety.

A tymczasem i na naszym poczciwym GD-owskim podwórku temat wieku u kobiet jest postrzegany dość niejednoznacznie. Co jakiś czas objawiają się takie „tadeuszki” , którzy chowając twarz i kompleksy za obrazkiem z neta, dowartościowują się ubliżaniem innym. I dla takich  nie lada gratką, ba wręcz koronnym „argumentem”, jest  wytknięcie w ordynarny sposób czyjegoś wieku (ale żeby być sprawiedliwą „tadeuszki” ubliżają nie tylko w kwestii ilości przeżytych lat). Nie wiem ile oni sami liczą wiosenek, jednak że w żadnym wieku chamstwo nie przystoi  jest to kwestia wtórna, choć jakoś mam przekonanie, iż w realnym świecie nie urzekliby żadnej kobiety, bez względu na wiek, swoją młodością i witalnością, a już na pewno nie kulturą osobistą. Inna rzecz, że wiele z kobiet, jakby nie wierząc w siebie, czy też może bojąc się uwag „tadeuszków”  lub też próbując przeżyć „kolejną” młodość ukrywa w internecie swój wiek, tworząc fejkowe konta, wzbogacone o przeróżne, „ pożyczone” z neta  fotki młodych dziewcząt. Zresztą idą one o krok, a nawet kilka kroków, dalej tworząc fejkowy życiorys, karmiąc znajomych nieprawdziwymi informacjami i hmmm… przyciągając amatorów łasych na miłe dla oka młode wdzięki. Właściwie, to oficjalnie każda z nas zakrzyknęłaby, że to słabe, jednak niejedna ulega pokusie by choć wirtualnie zapomnieć ile ma lat. Czy warto? Na to pytanie nie odpowiem... Raczej na zakończenie przypomnę sentencję Konfucjusza:  Człowiek ma dwa życia, to drugie zaczyna się, gdy uświadomi sobie, że ma jedno. Obojętnie na wiek i płeć cieszmy się więc dniem dzisiejszym, niezależnie ile mamy lat. Uczmy się i uczmy się czerpać z tego, czego już się nauczyliśmy. Bądźmy aktywni, dojrzali z nutką improwizacji i szaleństwa.  No i cieszmy się sobą w dniu dzisiejszym. I tyle.

70633069_402928257086011_6130661701567119360_n.jpg?_nc_cat=107&_nc_ohc=wOt4cG-Hbq4AX9ORyS6&_nc_ht=scontent.fwaw8-1.fna&oh=39363807f3c504ba32c9923687d18aaa&oe=5ED8E653

Niebezpieczna randka w ciemno

2020-01-26       

Oglądaliście kiedyś, choć raz, program „Randka w ciemno”? Niegdyś popularny był również w Polsce, dawał rozrywkę milionom widzów i przyprawiał o drżenie serca dziesiątki uczestników.

W 1978 roku w Stanach Zjednoczonych na taką atrakcję skusiła się Cheryl Bradshaw i wzięła udział w programie. Zgodnie z zasadami teleturnieju musiała wybrać, jedynie na podstawie odpowiedzi do zadawanych przez nią pytań, jednego z nieznanych jej,  trzech mężczyzn. Jako „jedynka”, przysłonięty  ogromnym wachlarzem, siedział Rodney  Alcala. Odpowiadał ze swadą, pewnością siebie, humorem, śmiało flirtując z Cheryl „w ciemno”.  Przedstawił się prowokacyjnie obietnicą: „spędzimy razem miło czas”.

- Jaka jest twoja ulubiona pora dnia? – zapytała Cheryl

- Najlepsza jest noc  - odpowiedział. – To jedyna pora jaką uwzględniam.

- Serwuję ci obiad. Jak się nazywasz i jak wyglądasz? – pytała znów Cheryl

- Nazywam się banan i wyglądam naprawdę dobrze.

- Czy możesz bardziej się opisać?

- Obierz mnie ze skórki – zachęcał ją Alcala.

Wypadł chyba apetycznie bo to właśnie jego wskazała dziewczyna.  Prowadzący utwierdził ją w wyborze, przedstawiając Rodneya jako odnoszącego sukcesy fotografa, nurka i miłośnika spadochroniarstwa i jazdy na motorze.  Miliony widzów mogły podziwiać atrakcyjną parę młodych ludzi, którzy wygrali romantyczną randkę i kto wie… może i szansę na  „żyli długo i szczęśliwie”.


https://www.youtube.com/watch?v=12PXvKfWdZs

Jednak już za kulisami, gdy Cheryl porozmawiała bez świadków z Rodneyem, nagle oświadczyła zdumionym producentom, że rezygnuje z randki z atrakcyjnym wybrankiem, tłumacząc, iż wydał jej się „ dziwny”. Kto wie, bardzo prawdopodobne, że… uratowała tym swoje życie.

Nikt nie sprawdził przeszłości uczestników i nikt nie zwrócił uwagi, że Rodney Alcala widnieje na liście przestępców seksualnych. Dopiero później zasłynął on jako "Dating Game Killer" ("Zabójca z Randki w Ciemno").

W roku 2010 nowojorska policja opublikuje listę ponad dwustu zdjęć  kobiet, dziewcząt -  autorstwa przebywającego już w celi śmierci Rodneya Alcali, licząc że pomogą one zidentyfikować jego ofiary. Dzięki tej akcji, na jednym z nich, rodzina rozpozna zaginioną w 1977 roku Christine Ruth Thorton. Odnalazłam jej fotografię w internecie (nie wiem jednak czy to ta, zrobiona przez Alcalę).

74057486.jpg

Człowiek, który jest autorem tych fotografii  urodził się w 1943 roku i szkolne lata spędził w Los Angeles, a w wieku siedemnastu lat wstąpił do wojska. Tam przeżył załamanie nerwowe i zwolniono go z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym. Psycholog stwierdził u niego aspołeczne zaburzenia osobowości. Jednak nieprzeciętna inteligencja chłopaka dała mu następna szansę i pchnęła  na studia na prestiżowym uniwersytecie UCLA, gdzie poznawał sztuki piękne. I wtedy też po raz pierwszy wyszła na jaw jego mroczna strona natury. Jednego razu na stacji benzynowej Alcala zaczepił ośmioletnią dziewczynkę o imieniu Tali, po chwili rozmowy, zabrał ją do swego samochodu i odjechał. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zajście to widział tankujący motocyklista, którego  bardzo  zaniepokoiło uprowadzenie dziecka. Pojechał za nimi, a gdy Rodney wprowadził Tali do mieszkania, zadzwonił po policję. Z całą pewnością ocalił życie dziewczynki, jednak nie uchroniło to jej przed bestialskim gwałtem i okrutnym pobiciem. Sam Alcala zdołał zbiec i zniknął organom ścigania na trzy lata. Jego znajomi z uniwersytetu, gdy dowiedzieli się o zajściu,  nie mogli uwierzyć, że towarzyski i czarujący kolega może być odpowiedzialny za tak bestialskie zachowanie. Sprawca tego czynu uciekł do Nowego Jorku, gdzie przyjął inne nazwiko – John Berger. Zmiana tożsamości nie pociągała jednak za sobą zmiany osobowości i w 1971 roku zabił dwudziestotrzyletnią Cornelię Crilley. Zbrodnia ta przez wiele lat pozostawała niewyjaśniona. Alcala nie tylko, że nie został ujęty ale i żył jak gdyby nigdy nic. Zapisał się do szkoły filmowej, gdzie jednym z jego wykładowców był sam Roman Polański. Latem 1971 roku Rodney został wychowawcą na młodzieżowym obozie plastycznym. I tu znów nastąpił zwrot akcji  - dwie z jego podopiecznych rozpoznały go, jako osobę z listu gończego, który widziały na poczcie. Alcala został zatrzymany, jednak udowodniono mu jedynie  molestowanie nieletniej i za to został skazany.  Ówczesna amerykańska polityka penitencjarna pozwalała skazanemu na opuszczenie więzienia, kiedy tylko zacznie przejawiać symptomy resocjalizacji. Rodney w trzy lata po skazaniu, znów cieszył się wolnością, a w niecałe dwa miesiące później znów napadł na nastoletnią dziewczynkę. Wrócił za kraty i po kolejnych trzech latach, powtórnie udało mu się uzyskać zwolnienie warunkowe. Znów wpadł w szał zabijania, nie wiemy ile wtedy dokładnie uśmiercił kobiet i dziewcząt,  wiemy, że wśród udowodnionych mu ofiar była córka właściciela klubu na Manhattanie. Alcala kusił je propozycjami zrobienia profesjonalnych zdjęć.  Gdy później ujawniono jego zbiór fotografii, można było zobaczyć, że  wiele z zwabionych przez niego „modelek” pozowało w bikini lub nago.

W czerwcu 1979 roku na plaży w Los Angeles dwunastoletnia Robin Samsoe wraz z przyjaciółką spędzała czas na opalaniu i zabawie w oceanie. Wtedy to podszedł do nich mężczyzna i zaproponował „sesję fotograficzną”.  Dziewczęta wydawały się być zainteresowane obiecywana im kariera modelki i oczarowane okazywany zainteresowaniem. Wtedy pojawił się sąsiad jednej z dziewczynek i przepłoszył „fotografa”. Niestety nie na zawsze, tajemniczy nieznajomy najprawdopodobniej śledził jedną z nastolatek i jeszcze tego samego dnia uprowadził. Jej okrutnie potraktowane ciało odnaleziono kilka tygodni później. Ustalono, że sprawcą jest właśnie Rodney Alcala. Odnaleziono też magazyn, który służył mu za studio i gdzie robił zdjęcia swoim ofiarom, a w nim ponad tysiąc fotografii kobiet, dziewczynek i chłopców oraz worek z kolczykami, które zapewne były swoistym „trofeum” mordercy. Ujęto samego Rodneya. I to powinien być koniec opowieści. Jednak niestety jest inaczej.

Dwa razy skazano go na śmierć i dwa razy wyrok uchylono. Ponadprzeciętna inteligencja zbrodniarza  działała na jego korzyść. Robił wszystko by zagmatwać prawdę i zręcznie uniknąć odpowiedzialności. Napisał książkę o sobie, gdzie wykazywał swoją niewinność. Nie mógł przewidzieć, że po latach śledczy i prokuratorzy będą dysponować potężną, nową bronią – analizą DNA. Ta wykazała ponad wszelkie wątpliwości jego winę, między innymi w sprawie poznanej na plaży i uprowadzonej dwunastolatki. Podczas kolejnego procesu Rodney zaskoczył wszystkich swoistym przedstawieniem. Został swoim obrońcą i modulowanym, zmienionym głosem zadawał sobie pytania, zwracając się do siebie „panie Alcala”, po czym odpowiadał na nie kolejny raz zaprzeczając  faktom, zeznaniom, pragnąc zupełnie się wybielić.

I znów nastał moment pełen dramatyzmu, jako świadek wystąpiła… pierwsza ofiara – Tali, dziewczynka uprowadzona ze stacji benzynowej.  Już jako dorosła kobieta zmierzyła się z traumatycznymi wspomnieniami i w szczegółowy sposób opowiedziała o bestialstwie Alcala. A ten… jedynie ją przeprosił ją i zamiast mowy końcowej kazał zebranym wysłuchać przedziwnego i przyprawiającego o ciarki utworu  Arlo Guthrie'sa  „Alice’s Restaurant”. (Teraz zauważyłam zbieżność inicjałów z tytułem piosenki).


https://www.youtube.com/watch?v=m57gzA2JCcM

Morderca z „Randki w ciemno” został trzeci raz skazany na śmierć. Udowodniono mu siedem morderstw, jednak przypuszcza się, że może ich być nawet sto trzydzieści. Sam Rodney Alcala wciąż żyje i oczekuje w celi śmierci na wykonanie wyroku.

"...And I went up there, I said, "Shrink, I want to kill. I mean, I wanna, I
wanna kill. Kill. I wanna, I wanna see, I wanna see blood and gore and
guts and veins in my teeth. Eat dead burnt bodies. I mean kill, Kill,
KILL, KILL." And I started jumpin' up and down yelling, "KILL, KILL," and
he started jumpin' up and down with me and we was both jumping up and down
yelling, "KILL, KILL." And the sargent came over, pinned a medal on me,
sent me down the hall, said, "You're our boy."
Didn't feel too good about it."...

I jeszcze na koniec wciąż jeszcze niezidentyfikowana dziewczyna z kolekcji fotografii Rodney'a. To zdjęcie mnie poruszyło i skłoniło do " przyjrzenia się" opisanej wyżej historii.

comment_qVaKO3TBuvAl5wSdlBvveFA4UF3f9ziy,w400.jpg

Pamięci Altera....

2020-01-18       

     W tym tygodniu minęła trzecia rocznica śmierci mojego dobrego znajomego,  poety Michała Witolda Gajdy.  Można o nim sporo wiadomości znaleźć w czeluściach internetu i będą to zapewne, oprócz notek biograficznych, liczne informacje o wygranych przez niego konkursach poetyckich.

    Michał, znany nam, kolegom z portali literackich, jako Misza albo Alter, był nauczycielem historii we Wrześni, zmarł w wieku 57 lat. Wydał trzy tomiki poetyckie.  Udzielał się na wielu forach pisarskich ale i w świecie realnym nie stronił od uczestnictwa w „ przygodach” literackich.

     Ja znałam go z kilku portali ale przede wszystkim z pewnego (nieistniejącego już) miejsca spotkań osób tworzących i lubiących literaturę, gdzie panował lekki, kawiarniany nastrój. Prezentowane tam były felietony, wiersze, opowiadania, fragmenty powieści, a komentowano je na ogół z humorem, często też lekką ironią i żartobliwym przekomarzaniem, bez zadęcia i pompatycznego  napinania. Alter częstował nas tam swoimi wierszami, sonetami, fraszkami, poematami ale również i nierzadko  prozą. O ile jego wiersze tchnęły liryczną zadumą, często przyprawiając nas o łzy wzruszenia, o tyle proza na ogół wywoływała czkawkę ze śmiechu. Stworzył postać Jewgienija Piurnonsensowicza, poety, marzyciela, pijaka, wielbiciela słowa, trunków procentowych wszelakich oraz wdzięków pięknej Loli. Wiersze z tego cyklu są niezwykle sugestywne, romantyczne, zaprawione szczyptą ironii i smutku. Pokpiwaliśmy trochę z Miszy, że niedzisiejszy, że tworzy staroświecko, niczym z doby Romantyzmu, ale wiedzieliśmy, że to właśnie jest jego "rys" twórczy - ta sugestywna opisowość, szlachetna forma i nastrojowa zaduma.

     Sam Michał był niezwykle ciepłym człowiekiem, nie miał w sobie drapieżnego rysu zazdrości o osiągnięcia innych, był pełen wyrozumiałości dla osób stawiających pierwsze kroki w tworzeniu na poletku literackim i zachęcał ich do rozwijania się w tym względzie. Prezentuję Wam kilka utworów z jego bogatego dorobku i namawiam do sięgnięcia "po więcej".

Jesteś, Alterze, w swych wierszach, a one są z nami.

Przed podróżą

Gdy czas przyjdzie, a przyjdzie, podróży dalekiej,
obraz wezmę ze sobą, ukochanych-wszystkich;
ślad pierwszych pocałunków, zasuszone listki,
wiejską mgłę, śnieg na polu i uśpioną rzekę.

Krzewy malin i wierzby, klęczące nad stawem,
szept wieczornej maciejki, rosnącej przy domu
i marzenia, o których nie powiem nikomu,
suche osty spod miedzy i jesień złotawą.

Bagaż ciągle pęcznieje przed wielką wyprawą.
Jakiś szczegół umyka, jakby cień motyli.
Choć lęk dawno się zmienił w dziecięcą ciekawość,

chcę, by to pożegnanie trwało jak najkrócej.
Ale słów mi zabraknie w takiej własnie chwili,
bo wiem dobrze, że nigdy już do was nie wrócę.


Wieczorna stołówka     

Nikt nawet nie pamięta, kiedy się skończyła

w opuszczonej stołówce ostatnia wieczerza.

Jarzeniówka mrugała jak lampka oliwna,

nawet Judasz już poszedł, żeby kogoś sprzedać.

 

Stare resztki bigosu, brunatnym sgraffito,

zostały na obrusie znakiem przeszłej uczty.

Nie chustą Weroniki jest, lecz szmatą tylko

z przyschniętymi śladami kolacji maluczkich.

 

Krzyżowały się nogi metalowych krzeseł,

w chłodnej ciszy wieczoru, jak las krucyfiksów.

Zapach moczu i chloru zimną falą przeszedł

spod drzwi ciemnych toalet, pełzając donikąd.

 

Zza okiennic dochodził oddech późnej zimy.

Złamany chleb spoczywał na brudnej podłodze,

Światło zeszło cichutko i leżało przy nim,

lecz nie było nikogo, kto by mógł go podnieść.


Głupawka

jeżeli teraz jej nie spłoszę

zagra na nitce po urwanym

guziku lub na kocim włosie

albo na bańce wodnej piany

 

jestem we władzy tej szantrapy

i nie wiem jak mi długo każe

z niemądrą miną tak się gapić

na brudną ścianę jak w obrazek

 

niech sobie lata bo nie wadzi

rozhultajona humoreska

na ptasich skrzydłach czy owadzich

kiedy nie może fruwać przestać

 

to nawet miłe więc nie walczę

rozchichotany całkiem szczerze

oddam się próżnej podfruwajce

może ze sobą mnie zabierze


Utracona              

Powoli się podnosi szlaban sekundnika,

sekundę za sekundą wypuszcza w czas przeszły.

Chwile zgarnia za siebie i cicho przemyka,

żeby szlak nowych zdarzeń niestrudzenie kreślić.

 

W takie dni, gdy samotność spowalnia godziny,

kołyszące się w rytmie sennego wahadła,

chorujemy bez siebie i ciągle myślimy,

gdzie schowała się miłość, która gdzieś przepadła.

 

Twoje listy są świeże i wiersze do ciebie,

wcale jeszcze nie zwiędły, żyją przed oczami.

Promień słońca znad dachów po linijkach przebiegł

echem wspomnień. Zabłysnął i na zawsze zamilkł.


i trochę Jewgienija

Wierszołap          

Gdzie polazłaś, poezjo?! To przeklęta gnida!

- Jewgienij chodzi z kapciem w zaciśniętej dłoni.

Dzisiaj nic mu nie idzie. Przyszło słowa gonić,

które znów się rozpełzły, choć mogą się przydać.

 

Wsadził rękę pod łóżko. Ugryzła go „wściekłość”.

„Ból” się przyssał łapczywie do obrzmiałej rany.

Żenia trzeźwieć nie musiał, gdyż nie był pijany.

Bowiem nie miał pić za co, pół wierszy uciekło.

 

Piękne rymy zniknęły. Barwne metafory

teraz w sadzie fruwają udając motyle.

Jewgienij czochra brodę, dziwiąc się niemile,

jak łatwo wszystko stracić, więc czuje się chory.

 

Znalazł butlę nalewki, lecz dalej rozpacza

- nie napiszę linijki, jeśli nie pozbieram

utraconych klejnotów. A niech to cholera!

Trzeba będzie o pomoc poprosić łapacza.

 

Przyszedł łapacz poezji, bimber z ust mu wionął.

Porozstawiał po kątach sidła, łapki, wnyki,

i lepy na średniówki. Wódki wziął trzy łyki

potem beknął i kazał sobie płacić słono.

 

Nic z tego. Sidła puste, na lepach komary.

Gdy wróciła Erato, rzekła - coraz trudniej

pisać wiersze, bo wszystkie lecą na Południe.

Trzeba pisać jesiennie, ochlapusie stary.

 

Wysypała z przepastnej torebki wierszydła:

wszystkie w czapkach i w szalach, włochate sonety,

polarne palindromy. Jesień to, niestety,

dobra pora dla wierszy. Dla poetów – zbrzydła.


Jewgienij i Małgorzata  

Kiedy dotarł strudzony do zapadłej wioski,

ciepły kurz tańczył w słońcu, a gotyckie cienie

u stóp ciemnych topoli chłód wieczoru niosły,

który siedział za cicho szumiącym jęczmieniem.

 

Popołudnie rozgrzało czerwone dachówki,

koło sklepu, na ławce, kocur lizał łapy.

Baniaczek Jewgienija dawno był już był pusty,

trzeba się więc nareszcie, po bożemu, napić.

 

W zapachu dziwnych przypraw i proszków do prania,

uśmiechnął się najpiękniej do młodej sklepowej:

cztery winka najtańsze, podaj mi, kochana,

bo pragnę godnie skończyć dnia drugą połowę.

 

Zapłaciwszy poezją, wcale nie chciał reszty

i wyszedł pobrzękując tobołkiem na plecach.

Kiedy leżał pod miedzą, stał się bezcielesny,

żeby przyjść do dziewczyny we śnie, jak obiecał.

 

Piękniała, gdy lecieli pod strop chłodnej nocy;

dał naszyjnik z księżyca, łzy z policzków otarł.

Zostań ze mną, Małgosiu, mamy mówić o czym:

szeptał czule Jewgienij, widząc cień w jej oczach.

 

W rzeczną mgiełkę odziana i gwiaździsty brokat,

wpięła Wenus we włosy, błyszczącą jak brylant,

coraz wyżej szybując, gdzie ciemność głęboka.

Nie spogląda za siebie i głowę odchyla.

 

Nie czuje samotności pośród innych panien,

które do niej mrugają, wesołe i hoże.

Będzie śpiewać i tańczyć. Na zawsze zostanie,

sklepowa Małgorzata, w swoim gwiazdozbiorze

Trzysta sześćdziesiąt pięć lekcji samodoskonalenia (a nawet trzysta sześćdziesiąt sześć)

2020-01-04       

     No i kolejny raz mamy nowy rok. Wchodzimy w niego, na ogół, z nadzieją, że będzie lepiej a my sami pod jego koniec będziemy lepsi, bogatsi, bardziej doskonali. Robimy spowiedź przed sobą, zapełniamy listę "za i przeciw", podejmujemy w postanowieniach nowe wyzwania, planujemy różnorakie przedsięwzięcia. Z jakim skutkiem? Nie oszukujmy się, na ogół takim, że gdy przychodzi kolejny Nowy Rok żywimy nadzieję, że w ten nowy rok będzie lepiej a my sami pod jego koniec będziemy lepsi, bogatsi, bardziej doskonali... itd... I tak chyba powinno być...

Przypominam tekst z cyklu "Zenek i Żabcia" i mam nadzieję, że przyniesie uśmiech.

Wszystkiego dobrego w nowym roku. n0.gif?v=122



  Siedziałam na łóżku od wielu godzin, z laptopem na kolanach, coraz głębiej zanurzając się w rozpaczy, marazmie i osamotnieniu. Jednak pomimo kompletnej dezolacji, mojej uwadze nie uszedł fakt spóźnionego powrotu męża. Wszedł cichutko, bo pora była mocno zaawansowana. Zapewne liczył, iż zastanie mnie pogrążoną we śnie.
- Zenek - pełnym głosem rozwiałam jego złudzenia.
- Żabcia? - jęknął w odpowiedzi.
- Żabcia? Tak, Żabcia. Oczywiście, że Żabcia. A kogóż to innego spodziewałeś się w naszym mieszkaniu, w naszym łóżku, w porze obowiązującej ciszy nocnej?
- Żabciu wybacz, zasiedziałem się z kumplami...
- ... przy piwie - dokończyłam z goryczą.
   Święci pańscy, absolutnie nie pojmuję, skąd u osobników płci męskiej bierze się taki stadny instynkt i chęć bezpodstawnego gromadzenia się, w dodatku koniecznie u wodopoju lub raczej piwopoju. O czym to oni mogą tak godzinami rozmawiać, bo przecież nie znają się kompletnie na sztuce, literaturze, modzie, ikebanie, liczeniu kalorii czy zdrowym stylu życia? Wszystkie ich tematy spokojnie można omówić w jeden kwadrans, no góra - dwa. Jednak, żeby spędzać cały wieczór, racząc się obrzydliwym, słomkowym napojem i ekscytować zupełnie niepojętym kopaniem piłki lub nie daj Boże polityką lub... No, tak czy owak, to zupełne marnowanie drogocennych momentów życia.
   Zenek wciąż stał w drzwiach do naszej sypialni i głupkowato się uśmiechał.
- Żabulka... Ej no, Żabcia, rozchmurz się. Nie dąsaj się.
- Ja się dąsam? Ja? Ja, mój drogi, jestem bardzo wysoko ponad to. Nieee, mnie to Zenuś, nie tak łatwo można wytrącić z równowagi, mam stalowe nerwy... Najpewniej po tatusiu... albo może raczej po stryjence Bogumile, ona to nawet siedząc w trzecim rzędzie podczas wyborów Mistera Uniwersum, umiała zachować kamienną twarz. Ja, Zenuś, genetycznie mam przekazaną autokontrolę. Jednak, nie mogę, nie odnotować faktu, że zostawiłeś mnie osamotnioną na cały, długi wieczór, choć zapewniałeś, iż wyskakujesz tylko na godzinkę. I chociaż porzuciłeś mnie jak bezdomnego psa w deszczu, to nic a nic się nie skarżę. Nie... Nie, ja tu nikogo nie inkryminuję, ja sobie tutaj cichutko czekam na ciebie - uniosłam rękę, uciszając jego próbę zakrzyczenia mojej subtelnej przemowy - i nie żywię urazy, wciąż stanowiąc wzór lojalnej, oddanej ale i bardzo sensytywnej żony. Poza tym Zenku, może to cię odrobinę zdziwi lecz umiem doskonale wykorzystać samotność, zamieniając ją w chwile pełne uroku i ekscytacji. Spędziłam niezwykle pouczający wieczór obcując z literaturą co najmniej piękną.
- Obcując? To co robiłaś z tymi książkami.
- Zenek! Wypraszam sobie ironię i dwuznaczne insynuacje! I akurat nie książkami, bo słowa trafiały bezpośrednio w głąb mojej duszy przez ekran monitora...
- Aaaa, czyli surfowałaś w sieci?
- Można to również ująć w tak prozaiczny sposób.
Mąż przysiadł na łóżku obok mnie i ujął za rękę.
- I co tam ciekawego wyczytałaś maleńka?
- "Pójdźże, kiń tę chmurność w głąb flaszy".
- Co? Gdzie mam iść?
- "Pójdźże, kiń tę chmurność w głąb flaszy" - powtórzyłam.
Zenek patrzył na mnie lekko zamroczonym wzrokiem.
   O tu cię mam ptaszku, pomyślałam z satysfakcją. Trwonisz bezcenny czas na prostackie rozrywki, a ja w tym czasie samotnie niczym capricorn, wspinam się pokonując kolejny stopień w samoświadomości i introspekcji intelektualnej.
- Ech Zenuś - zaśmiałam się gorzko - kompletny ignorant z ciebie. A to wszystko przez to, że zamiast dokształcać się, zamiast czerpać obficie wiedzę skąd tylko się da, zamiast cyzelować sprawność intelektualną, siedzisz z kuflem piwa w dłoni deliberując na jakże błahe tematy. Widzisz? Nie umiesz nawet rozpoznać najprostszego pangramu.
- Pangramu? Ki diabeł?
   Nie mogłam nie odczuć nutki triumfu. Moje godziny samotności i chęć doskonalenia nie poszły na marne. Wyrecytowałam z uśmiechem.
- Pangram to krótkie zdanie zawierające wszystkie litery danego języka.
   O tak, właśnie posmakowałam pełną garścią słodyczy zwycięstwa. Siedziałam w napięciu czekając na reakcję Zenka. Milczał, a do mnie, jak grom z jasnego nieba, dotarło, że bycie w ewolucji metafizycznej o kilka szczebli wyżej ponad mężem, wiąże się jednak z permanentną samotnością, alienacją, wyobcowaniem intelektualnym, a kto wie, czy co za tym idzie, również emocjonalnym. Zadrżałam.
- Aaaa - Zenek przerwał milczenie i nie wiedziałam, czy poprzez to, wyraził zdziwienie i ekscytację moją wiedzą, czy tylko ziewnął.
Chyba, raczej to drugie, stwierdziłam zawiedziona, patrząc jak mój mąż przymyka oczy.
- Zenek! - przywołałam go do rzeczywistości.
- Tak Żabciu?
- Coś czuję Zenuś, że ja tu perły przed wieprze...
- Znów coś cytujesz, czy tylko mnie obrażasz?
- Zenon - załkałam urażona do granic jestestwa kobiecej wrażliwości. - Jak możesz?
- Przepraszam Żabuś - uniósł moją dłoń i pocałował.
- Ja przecież tylko chciałam, żebyś wartościowo i owocnie spędzał czas.
- Wartościowo czyli jak?
- No wiesz... Nie tak jak teraz... inaczej niż na piciu piwa z kolegami i komentowaniu ostatniego meczu.
- Niby dlaczego nie mogę od czasu do czasu wyskoczyć na miasto z kumplami?
- Zenuś... możesz, przecież ja nigdy niczego ci nie zabraniałam i zawsze liczyłam się z twoim zdaniem, jednak uważam, że odrobina autodydaktyki nikomu nie zaszkodziła.
- Pewnie nieee - Zenek znów ziewnął - ale tak samo ważne jest, umieć się odpowiednio zrelaksować i wrzucić na luz, nawet jeśli ma na tym ucierpieć autodydaktyka. No powiedz sama, spokojnie żyłem sobie ładnych kilkadziesiąt lat bez wiedzy o pangramach i co? Zapewniam cię, że umiałabym dalej tak żyć przez następnych kilkadziesiąt. Jednak skoro ty masz taki niepohamowany pęd do wiedzy, proszę bardzo - pędź... A teraz to ja muszę pędzić do łazienki po spotkaniu z kumplami przy piwopoju.
   Wstał i bezceremonialnie wyszedł pozostawiając mnie samej sobie.
  Phi. Obraził się za tych kilka malutkich słów prawdy? Naburmuszył, że w porywie szczerości wytknęłam mu bezproduktywne marnowanie czasu i potencjału osobistego? Święci pańscy, przecież jego dzisiejsze zachowanie to właśnie nic innego jak wybitny przykład irracjonalnej postawy nihilistycznej. Jezu słodki, jak nic doprowadzi go to do autodestrukcji, moralnej degrengolady albo nawet obskurantyzmu. Nie! Nie pozwolę! Ma nieborak przecież mnie, a ja zobowiązałam się być z nim na dobre i złe. Co robić, co robić? Działać! I tu już! I to szybko, zanim mój Misiaczek stoczy się na dno w kolorze piwnym.
- Zenek? - krzyknęłam po chwili.
Coś długo nie wraca.
- Zenek! - wrzasnęłam głosem odpowiednio modulowanym do nocnej pory.
Mąż ukazał się w drzwiach ze szczoteczką do mycia zębów w dłoni.
- No co? - powiedział niewyraźnie - Myję się.
- Zenuś! Możemy spać spokojnie. Mam! Mam kochanie!
- Co masz?
- Mam lekarstwo na nasz problem.
- Jaki znów problem?
- Słuchaj... Nie przerywaj proszę, tylko słuchaj. Otóż, aby nie marnować już więcej czasu, by nauczyć się precyzować życiowe cele, które pozwolą przyswoić niezbędną wiedzę i wskażą drogę do naturalnej harmonii umysłu... by pozbyć się blokad stojących na drodze do...
- Żaba, streszczaj się bo marznę i mam pastę do zębów w ustach - wybełkotał.
- Dobrze, już dobrze, mówiąc krótko, właśnie podjęłam niezbędne kroki - zarejestrowałam się na takiej stronie i zapisałam nas na trzysta sześćdziesiąt pięć lekcji samodoskonalenia. Hura! Zenuś! Będziemy mogli codziennie rozwijać swój potencjał umysłowy i osobowościowy! I to razem! Co ty Misiaczku na to?
Zenek wypluł pastę na podłogę i bardzo wyraźnie wykrzyknął.
- Nie! Żaba, proszę nie! Chcesz być doskonałą i znać się na tych wszystkich pandromach, syndromach i idiomach, dobrze, ale mnie do tego nie mieszaj.
- Pangramach - odpowiedziałam urażona - i wybacz, ale jestem kompletnie zaskoczona twoją wywrotową postawą. Co ci nie pasuje w moim pomyśle?
- Wszystko. Ja nie chcę być doskonały, za to chcę umieć doskonale wykorzystać chwile przyjemności jakie daje mi życie. A teraz wybacz, idę równie niedoskonale dokończyć mycie zębów.
Znów zostałam sama. Miałam ochotę popłakać się z żałości i druzgoczącego zawodu, ale uznałam to za bezcelowe z racji braku odbiorców, więc tylko westchnęłam rozdzierająco.
- Hm, co robić? Widać taki mój los i skoro wybrałam sobie męża, z którym nie mogę samodoskonalić się mentalnie i emotywnie to muszę... uszlachetniać swój charakter i hart ducha i czerpać z tego radość. Sustine et abstine. Jednak tę plamę po paście do zębów na podłodze będzie musiał zetrzeć sam i to doskonale!

Eluwina alternatywko! Eluwina jesieniaro!

2019-12-05       

Czy wiecie już kim jest „alternatywka”,  a kim „jesieniara”? Co odpowiedzielibyście na powitanie „eluwina’?

Plebiscyt na Młodzieżowe Słowo Roku, jak się okazuje,  budzi zainteresowanie również u starszych wiekiem.  Właśnie zakończył się tegoroczy plebiscyt Wydawnictwa Naukowego PWN na popularne słowa wśród młodzieży. Pierwsze miejsce zajął rzeczownik „alternatywka”. Cóż to takiego? Ano, to dziewczyna która ubiera się w wyróżniający, specyficzny sposób, nie bacząc na ogólne trendy i opinie influencerek. Jest nieco melancholijna i nie stroni od tatuaży, piercingu i mrocznego makijażu.   „Zazwyczaj ma kolczyk w nosie, kolorowe włosy, ciemne ubrania oraz słucha emo-rapu mówi Marek Łaziński z UW, jeden z członków kapituły plebiscytu.” Za patronkę ruchu w stylu „alternatywek” można uznać wokalistkę Billie Eilish.  Męskim odpowiednikiem „alternatywki” jest „alternatyw” albo „alternator”, a antonimem „konserwatywka” czyli panna, która podąża za modą i stara się nie wyróżnić z tłumu.

Na podium plebiscytu znalazła się również „jesieniara”.  Jesieniara to słowo określające osobę (mężczyznę bądź kobietę, jest to słowo bez przynależności płciowej) uwielbiającą porę roku jesień. Rasowe jesieniary charakteryzuje uwielbienie dla typowo jesiennych czynności - np. siedzeniem pod kocykiem z książką lub dobrym filmem na tablecie i z kubkiem gorącej herbaty lub czekolady. Jesieniary cieszą się ze scenerii wrześniowo-październikowych parków, pełnych żółtych liści, kałuż i mglistych nastrojów. Z lubością odziewają się w grube swetry, przeogromne szale, wełniane rękawiczki i… chętnie dzielą się tą radością za pośrednictwem mediów społecznościowych. „Jak podkreśla Marek Łaziński, to właśnie jesieniara zasługuje na tytuł najładniejszego i najciekawszego słowotwórczo słowa roku. „

Zaraz za alteranatywkami i jesieniarami mamy na podium… „eluwinię”. Hm… To przedziwne słówko ponoć ma wejść jako synonim dla siema, cześć, hej, czołem. Jest to rodzaj młodzieżowego przywitania, które powstało z przekształcenia słów halo i elo, a na jego popularność wpłynął youtuber Kacper Blonsky, który nagrał piosenkę pod takim tytułem.

„E, e eluwina

E, e eluwina, tak każdy dzień się mój zaczyna

E, e eluwina dla ojca,  matki,  córki, syna

E, e eluwina, aha eluwina aha eluwina, e,  e, e, eluwina (yeah)

E, e eluwina, aha eluwina aha eluwina, e, e, e, eluwina (yeah)”


W tym roku w plebiscycie oddano ponad 41 tys.  głosów. W jury plebiscytu zasiadali: Marek Łaziński z Uniwersytetu Warszawskiego, Bartek Chaciński z tygodnika „Polityka”, Ewa Kołodziejek z Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Anna Ewa Wileczek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Przypomnę jeszcze tylko, iż w zeszłorocznym plebiscycie zwyciężyło słowo "dzban", w znaczeniu osoby mało rozgarniętej, a nawet wręcz głupiej i że przyjęło się ono w mowie potocznej bardzo dobrze.




https://www.youtube.com/watch?v=DyDfgMOUjCI

Strony: 15