Crisstimm

 
Znak zodiaku: koziorożec
Urodziny: 2007-01-11
Rejestracja: 2007-12-14
https://amnesty.org.pl/
Punkty106Więcej
Następny poziom: 
Ilość potrzebnych punktów: 94
Ostatnia gra
Literki

Literki

Literki
143 dni temu

Stara baba... na GD ;)

2020-02-08       

Sądzę, że wiele, z nas kobiet, może nie wiedzieć,  co to takiego Super Bowl, ale większość z nas kojarzy kim są i czym się zajmują - Shakira i Jennifer Lopez. Co łączy te dwie piękne panie i amerykańską hiper-imprezę? No i tu z pomocą pewnie przyjdzie większość z panów i podpowie - otóż w tegorocznym Super Bowl te dwie niewiasty wystąpiły dając niecodzienne show, „pozamiatały” i skradły serca i uwagę milionów widzów. W widowisku tym dały niezwykły pokaz talentu, profesjonalizmu, energii, dynamizmu i… sex appeal’u . I pewnie można jeszcze dodać parę komplementów  o ich urodzie, kondycji wokalnej i fizycznej, temperamencie. Jednak znalazły się również liczne głosy malkontentów z zarzutami, że … paniom w ich wieku takie coś nie przystoi.  Nie przystoi zatańczyć publicznie zmysłowy taniec brzucha, „powywijać” na rurze, odsłonić zgrabne uda i pośladki, nie przystoi być w tym wieku być ponętną kobietą. No bo jak, przecież one obie są już po czterdziestce. Shakira ma czterdzieści trzy a Jennifer nawet (o zgrozo!) pięćdziesiąt lat.

I tu przechodzę do sedna felietonu – postrzeganie i miejsce w dzisiejszych czasach kobiet po czterdziestce. Wrzuciłam właśnie takie hasło w google i pojawiła mi się masa przeróżnych artykułów. O stereotypach, o modzie , o makijażu, o tym, co wypada „w tym wieku”, że po czterdzieste panie chętnie wybierają na partnerów młodszych od siebie i wiele takich…. ogólnie „ pocieszających”. Jednak temat wydaje się być  w pewnym stopniu nadal  tabu , zarówno dla samych czterdziestolatek, jak też pozostałej części społeczeństwa. Kobieta(około) czterdziestoletnia to taki dziwoląg w szczególnym  momencie życia, bowiem znajduje się między dwoma pokoleniami i sama musi określić i odpowiedzieć sobie, do którego z nich jest jej bliżej.

„Kobiety mojego pokolenia są najlepsze. To tyle. Teraz mają po czterdzieści lat, są piękne, bardzo piękne, lecz spokojne, wyrozumiałe, wrażliwe i przede wszystkim diabelnie uwodzicielskie. Wszystko to mimo pojawiających się z wolna kurzych łapek, czy cellulitu na boczkach. To jednak czyni je tak bardzo ludzkimi, tak prawdziwymi… Pięknie prawdziwymi. „

-Sharone Stone w wieku 48 lat-

„Gdy jest się w moim wieku to jest tak jak z samochodem. Najpierw łapiesz gumę, ale to można łatwo naprawić. Potem wysiada reflektor – i to też da się naprawić. Ale pewnego dnia przyjeżdżasz do warsztatu i mechanik ci mówi: Bardzo mi przykro, ale takich części już nie produkują.”

Audrey Hepburn (albo Katherine Hepburn – internet nie może się zdecydować)


Współczesne czasy sprawiły, że wiek postrzegania kobiecej atrakcyjności wydłużył się, czego świetnym przykładem jest np. Halle Berry, Demi Moore,  lub choćby dwie panie ze wstępu mojego felietonu. A przecież jeszcze nie tak dawno magiczna czterdziestka sprawiała, że stawałyśmy się dla panów wręcz przezroczyste. Teraz  dbając o siebie, korzystając z poszerzającej się z każdą dekadą tolerancji dla wyrażania własnej seksualności  oraz dzięki kosmetycznej  rewolucji możemy śmiało powiedzieć, że granice wiekowych podziałów rozmyły się.

Wszystko to sprawiło, że w popkulturze zaczęły funkcjonować określenia dla pewnych typów dojrzałych kobiet. Najbardziej znane jest „MILF” (ang. mother I would Like to Fu*k -  delikatnie tłumacząc: mama, z którą chętnie poszedłbym do łóżka).  Ukute zostało w powiązaniu z komedią „American Pie”. Bycie MILF-ą seksualizuje kobiety, uprzedmiatawiając je i banalizując, sprowadza do określonej roli „ przedmiotu pożądania” młodych mężczyzn. Napotkać można również dość pejoratywnie nasycone określenie „kuguarzyca”. Są to definiując krótko: panie w średnim wieku „ polujące” i traktujące jako zdobycz znacznie młodszych od nich mężczyzn, nierzadko wykorzystujące ku temu swoją pozycję społeczną i  materialną. Ostatnio jednak natknęłam się na dość ciekawe określenie -  „WHIP” (ang. women who are hot intelligent and in their primes,  w tłumaczeniu: kobiety, które są atrakcyjne, inteligentne i przeżywają najlepszy okres w życiu), które wprowadziła „w obieg” pisarka Bibi Lynch. WHIP są nie tylko seksowne, z poczuciem humoru i dystansu do siebie, ale przede wszystkim w pełni świadome swojego ciała dojrzałe kobiety.

A tymczasem i na naszym poczciwym GD-owskim podwórku temat wieku u kobiet jest postrzegany dość niejednoznacznie. Co jakiś czas objawiają się takie „tadeuszki” , którzy chowając twarz i kompleksy za obrazkiem z neta, dowartościowują się ubliżaniem innym. I dla takich  nie lada gratką, ba wręcz koronnym „argumentem”, jest  wytknięcie w ordynarny sposób czyjegoś wieku (ale żeby być sprawiedliwą „tadeuszki” ubliżają nie tylko w kwestii ilości przeżytych lat). Nie wiem ile oni sami liczą wiosenek, jednak że w żadnym wieku chamstwo nie przystoi  jest to kwestia wtórna, choć jakoś mam przekonanie, iż w realnym świecie nie urzekliby żadnej kobiety, bez względu na wiek, swoją młodością i witalnością, a już na pewno nie kulturą osobistą. Inna rzecz, że wiele z kobiet, jakby nie wierząc w siebie, czy też może bojąc się uwag „tadeuszków”  lub też próbując przeżyć „kolejną” młodość ukrywa w internecie swój wiek, tworząc fejkowe konta, wzbogacone o przeróżne, „ pożyczone” z neta  fotki młodych dziewcząt. Zresztą idą one o krok, a nawet kilka kroków, dalej tworząc fejkowy życiorys, karmiąc znajomych nieprawdziwymi informacjami i hmmm… przyciągając amatorów łasych na miłe dla oka młode wdzięki. Właściwie, to oficjalnie każda z nas zakrzyknęłaby, że to słabe, jednak niejedna ulega pokusie by choć wirtualnie zapomnieć ile ma lat. Czy warto? Na to pytanie nie odpowiem... Raczej na zakończenie przypomnę sentencję Konfucjusza:  Człowiek ma dwa życia, to drugie zaczyna się, gdy uświadomi sobie, że ma jedno. Obojętnie na wiek i płeć cieszmy się więc dniem dzisiejszym, niezależnie ile mamy lat. Uczmy się i uczmy się czerpać z tego, czego już się nauczyliśmy. Bądźmy aktywni, dojrzali z nutką improwizacji i szaleństwa.  No i cieszmy się sobą w dniu dzisiejszym. I tyle.

70633069_402928257086011_6130661701567119360_n.jpg?_nc_cat=107&_nc_ohc=wOt4cG-Hbq4AX9ORyS6&_nc_ht=scontent.fwaw8-1.fna&oh=39363807f3c504ba32c9923687d18aaa&oe=5ED8E653

Niebezpieczna randka w ciemno

2020-01-26       

Oglądaliście kiedyś, choć raz, program „Randka w ciemno”? Niegdyś popularny był również w Polsce, dawał rozrywkę milionom widzów i przyprawiał o drżenie serca dziesiątki uczestników.

W 1978 roku w Stanach Zjednoczonych na taką atrakcję skusiła się Cheryl Bradshaw i wzięła udział w programie. Zgodnie z zasadami teleturnieju musiała wybrać, jedynie na podstawie odpowiedzi do zadawanych przez nią pytań, jednego z nieznanych jej,  trzech mężczyzn. Jako „jedynka”, przysłonięty  ogromnym wachlarzem, siedział Rodney  Alcala. Odpowiadał ze swadą, pewnością siebie, humorem, śmiało flirtując z Cheryl „w ciemno”.  Przedstawił się prowokacyjnie obietnicą: „spędzimy razem miło czas”.

- Jaka jest twoja ulubiona pora dnia? – zapytała Cheryl

- Najlepsza jest noc  - odpowiedział. – To jedyna pora jaką uwzględniam.

- Serwuję ci obiad. Jak się nazywasz i jak wyglądasz? – pytała znów Cheryl

- Nazywam się banan i wyglądam naprawdę dobrze.

- Czy możesz bardziej się opisać?

- Obierz mnie ze skórki – zachęcał ją Alcala.

Wypadł chyba apetycznie bo to właśnie jego wskazała dziewczyna.  Prowadzący utwierdził ją w wyborze, przedstawiając Rodneya jako odnoszącego sukcesy fotografa, nurka i miłośnika spadochroniarstwa i jazdy na motorze.  Miliony widzów mogły podziwiać atrakcyjną parę młodych ludzi, którzy wygrali romantyczną randkę i kto wie… może i szansę na  „żyli długo i szczęśliwie”.


https://www.youtube.com/watch?v=12PXvKfWdZs

Jednak już za kulisami, gdy Cheryl porozmawiała bez świadków z Rodneyem, nagle oświadczyła zdumionym producentom, że rezygnuje z randki z atrakcyjnym wybrankiem, tłumacząc, iż wydał jej się „ dziwny”. Kto wie, bardzo prawdopodobne, że… uratowała tym swoje życie.

Nikt nie sprawdził przeszłości uczestników i nikt nie zwrócił uwagi, że Rodney Alcala widnieje na liście przestępców seksualnych. Dopiero później zasłynął on jako "Dating Game Killer" ("Zabójca z Randki w Ciemno").

W roku 2010 nowojorska policja opublikuje listę ponad dwustu zdjęć  kobiet, dziewcząt -  autorstwa przebywającego już w celi śmierci Rodneya Alcali, licząc że pomogą one zidentyfikować jego ofiary. Dzięki tej akcji, na jednym z nich, rodzina rozpozna zaginioną w 1977 roku Christine Ruth Thorton. Odnalazłam jej fotografię w internecie (nie wiem jednak czy to ta, zrobiona przez Alcalę).

74057486.jpg

Człowiek, który jest autorem tych fotografii  urodził się w 1943 roku i szkolne lata spędził w Los Angeles, a w wieku siedemnastu lat wstąpił do wojska. Tam przeżył załamanie nerwowe i zwolniono go z powodu problemów ze zdrowiem psychicznym. Psycholog stwierdził u niego aspołeczne zaburzenia osobowości. Jednak nieprzeciętna inteligencja chłopaka dała mu następna szansę i pchnęła  na studia na prestiżowym uniwersytecie UCLA, gdzie poznawał sztuki piękne. I wtedy też po raz pierwszy wyszła na jaw jego mroczna strona natury. Jednego razu na stacji benzynowej Alcala zaczepił ośmioletnią dziewczynkę o imieniu Tali, po chwili rozmowy, zabrał ją do swego samochodu i odjechał. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zajście to widział tankujący motocyklista, którego  bardzo  zaniepokoiło uprowadzenie dziecka. Pojechał za nimi, a gdy Rodney wprowadził Tali do mieszkania, zadzwonił po policję. Z całą pewnością ocalił życie dziewczynki, jednak nie uchroniło to jej przed bestialskim gwałtem i okrutnym pobiciem. Sam Alcala zdołał zbiec i zniknął organom ścigania na trzy lata. Jego znajomi z uniwersytetu, gdy dowiedzieli się o zajściu,  nie mogli uwierzyć, że towarzyski i czarujący kolega może być odpowiedzialny za tak bestialskie zachowanie. Sprawca tego czynu uciekł do Nowego Jorku, gdzie przyjął inne nazwiko – John Berger. Zmiana tożsamości nie pociągała jednak za sobą zmiany osobowości i w 1971 roku zabił dwudziestotrzyletnią Cornelię Crilley. Zbrodnia ta przez wiele lat pozostawała niewyjaśniona. Alcala nie tylko, że nie został ujęty ale i żył jak gdyby nigdy nic. Zapisał się do szkoły filmowej, gdzie jednym z jego wykładowców był sam Roman Polański. Latem 1971 roku Rodney został wychowawcą na młodzieżowym obozie plastycznym. I tu znów nastąpił zwrot akcji  - dwie z jego podopiecznych rozpoznały go, jako osobę z listu gończego, który widziały na poczcie. Alcala został zatrzymany, jednak udowodniono mu jedynie  molestowanie nieletniej i za to został skazany.  Ówczesna amerykańska polityka penitencjarna pozwalała skazanemu na opuszczenie więzienia, kiedy tylko zacznie przejawiać symptomy resocjalizacji. Rodney w trzy lata po skazaniu, znów cieszył się wolnością, a w niecałe dwa miesiące później znów napadł na nastoletnią dziewczynkę. Wrócił za kraty i po kolejnych trzech latach, powtórnie udało mu się uzyskać zwolnienie warunkowe. Znów wpadł w szał zabijania, nie wiemy ile wtedy dokładnie uśmiercił kobiet i dziewcząt,  wiemy, że wśród udowodnionych mu ofiar była córka właściciela klubu na Manhattanie. Alcala kusił je propozycjami zrobienia profesjonalnych zdjęć.  Gdy później ujawniono jego zbiór fotografii, można było zobaczyć, że  wiele z zwabionych przez niego „modelek” pozowało w bikini lub nago.

W czerwcu 1979 roku na plaży w Los Angeles dwunastoletnia Robin Samsoe wraz z przyjaciółką spędzała czas na opalaniu i zabawie w oceanie. Wtedy to podszedł do nich mężczyzna i zaproponował „sesję fotograficzną”.  Dziewczęta wydawały się być zainteresowane obiecywana im kariera modelki i oczarowane okazywany zainteresowaniem. Wtedy pojawił się sąsiad jednej z dziewczynek i przepłoszył „fotografa”. Niestety nie na zawsze, tajemniczy nieznajomy najprawdopodobniej śledził jedną z nastolatek i jeszcze tego samego dnia uprowadził. Jej okrutnie potraktowane ciało odnaleziono kilka tygodni później. Ustalono, że sprawcą jest właśnie Rodney Alcala. Odnaleziono też magazyn, który służył mu za studio i gdzie robił zdjęcia swoim ofiarom, a w nim ponad tysiąc fotografii kobiet, dziewczynek i chłopców oraz worek z kolczykami, które zapewne były swoistym „trofeum” mordercy. Ujęto samego Rodneya. I to powinien być koniec opowieści. Jednak niestety jest inaczej.

Dwa razy skazano go na śmierć i dwa razy wyrok uchylono. Ponadprzeciętna inteligencja zbrodniarza  działała na jego korzyść. Robił wszystko by zagmatwać prawdę i zręcznie uniknąć odpowiedzialności. Napisał książkę o sobie, gdzie wykazywał swoją niewinność. Nie mógł przewidzieć, że po latach śledczy i prokuratorzy będą dysponować potężną, nową bronią – analizą DNA. Ta wykazała ponad wszelkie wątpliwości jego winę, między innymi w sprawie poznanej na plaży i uprowadzonej dwunastolatki. Podczas kolejnego procesu Rodney zaskoczył wszystkich swoistym przedstawieniem. Został swoim obrońcą i modulowanym, zmienionym głosem zadawał sobie pytania, zwracając się do siebie „panie Alcala”, po czym odpowiadał na nie kolejny raz zaprzeczając  faktom, zeznaniom, pragnąc zupełnie się wybielić.

I znów nastał moment pełen dramatyzmu, jako świadek wystąpiła… pierwsza ofiara – Tali, dziewczynka uprowadzona ze stacji benzynowej.  Już jako dorosła kobieta zmierzyła się z traumatycznymi wspomnieniami i w szczegółowy sposób opowiedziała o bestialstwie Alcala. A ten… jedynie ją przeprosił ją i zamiast mowy końcowej kazał zebranym wysłuchać przedziwnego i przyprawiającego o ciarki utworu  Arlo Guthrie'sa  „Alice’s Restaurant”. (Teraz zauważyłam zbieżność inicjałów z tytułem piosenki).


https://www.youtube.com/watch?v=m57gzA2JCcM

Morderca z „Randki w ciemno” został trzeci raz skazany na śmierć. Udowodniono mu siedem morderstw, jednak przypuszcza się, że może ich być nawet sto trzydzieści. Sam Rodney Alcala wciąż żyje i oczekuje w celi śmierci na wykonanie wyroku.

"...And I went up there, I said, "Shrink, I want to kill. I mean, I wanna, I
wanna kill. Kill. I wanna, I wanna see, I wanna see blood and gore and
guts and veins in my teeth. Eat dead burnt bodies. I mean kill, Kill,
KILL, KILL." And I started jumpin' up and down yelling, "KILL, KILL," and
he started jumpin' up and down with me and we was both jumping up and down
yelling, "KILL, KILL." And the sargent came over, pinned a medal on me,
sent me down the hall, said, "You're our boy."
Didn't feel too good about it."...

I jeszcze na koniec wciąż jeszcze niezidentyfikowana dziewczyna z kolekcji fotografii Rodney'a. To zdjęcie mnie poruszyło i skłoniło do " przyjrzenia się" opisanej wyżej historii.

comment_qVaKO3TBuvAl5wSdlBvveFA4UF3f9ziy,w400.jpg

Pamięci Altera....

2020-01-18       

     W tym tygodniu minęła trzecia rocznica śmierci mojego dobrego znajomego,  poety Michała Witolda Gajdy.  Można o nim sporo wiadomości znaleźć w czeluściach internetu i będą to zapewne, oprócz notek biograficznych, liczne informacje o wygranych przez niego konkursach poetyckich.

    Michał, znany nam, kolegom z portali literackich, jako Misza albo Alter, był nauczycielem historii we Wrześni, zmarł w wieku 57 lat. Wydał trzy tomiki poetyckie.  Udzielał się na wielu forach pisarskich ale i w świecie realnym nie stronił od uczestnictwa w „ przygodach” literackich.

     Ja znałam go z kilku portali ale przede wszystkim z pewnego (nieistniejącego już) miejsca spotkań osób tworzących i lubiących literaturę, gdzie panował lekki, kawiarniany nastrój. Prezentowane tam były felietony, wiersze, opowiadania, fragmenty powieści, a komentowano je na ogół z humorem, często też lekką ironią i żartobliwym przekomarzaniem, bez zadęcia i pompatycznego  napinania. Alter częstował nas tam swoimi wierszami, sonetami, fraszkami, poematami ale również i nierzadko  prozą. O ile jego wiersze tchnęły liryczną zadumą, często przyprawiając nas o łzy wzruszenia, o tyle proza na ogół wywoływała czkawkę ze śmiechu. Stworzył postać Jewgienija Piurnonsensowicza, poety, marzyciela, pijaka, wielbiciela słowa, trunków procentowych wszelakich oraz wdzięków pięknej Loli. Wiersze z tego cyklu są niezwykle sugestywne, romantyczne, zaprawione szczyptą ironii i smutku. Pokpiwaliśmy trochę z Miszy, że niedzisiejszy, że tworzy staroświecko, niczym z doby Romantyzmu, ale wiedzieliśmy, że to właśnie jest jego "rys" twórczy - ta sugestywna opisowość, szlachetna forma i nastrojowa zaduma.

     Sam Michał był niezwykle ciepłym człowiekiem, nie miał w sobie drapieżnego rysu zazdrości o osiągnięcia innych, był pełen wyrozumiałości dla osób stawiających pierwsze kroki w tworzeniu na poletku literackim i zachęcał ich do rozwijania się w tym względzie. Prezentuję Wam kilka utworów z jego bogatego dorobku i namawiam do sięgnięcia "po więcej".

Jesteś, Alterze, w swych wierszach, a one są z nami.

Przed podróżą

Gdy czas przyjdzie, a przyjdzie, podróży dalekiej,
obraz wezmę ze sobą, ukochanych-wszystkich;
ślad pierwszych pocałunków, zasuszone listki,
wiejską mgłę, śnieg na polu i uśpioną rzekę.

Krzewy malin i wierzby, klęczące nad stawem,
szept wieczornej maciejki, rosnącej przy domu
i marzenia, o których nie powiem nikomu,
suche osty spod miedzy i jesień złotawą.

Bagaż ciągle pęcznieje przed wielką wyprawą.
Jakiś szczegół umyka, jakby cień motyli.
Choć lęk dawno się zmienił w dziecięcą ciekawość,

chcę, by to pożegnanie trwało jak najkrócej.
Ale słów mi zabraknie w takiej własnie chwili,
bo wiem dobrze, że nigdy już do was nie wrócę.


Wieczorna stołówka     

Nikt nawet nie pamięta, kiedy się skończyła

w opuszczonej stołówce ostatnia wieczerza.

Jarzeniówka mrugała jak lampka oliwna,

nawet Judasz już poszedł, żeby kogoś sprzedać.

 

Stare resztki bigosu, brunatnym sgraffito,

zostały na obrusie znakiem przeszłej uczty.

Nie chustą Weroniki jest, lecz szmatą tylko

z przyschniętymi śladami kolacji maluczkich.

 

Krzyżowały się nogi metalowych krzeseł,

w chłodnej ciszy wieczoru, jak las krucyfiksów.

Zapach moczu i chloru zimną falą przeszedł

spod drzwi ciemnych toalet, pełzając donikąd.

 

Zza okiennic dochodził oddech późnej zimy.

Złamany chleb spoczywał na brudnej podłodze,

Światło zeszło cichutko i leżało przy nim,

lecz nie było nikogo, kto by mógł go podnieść.


Głupawka

jeżeli teraz jej nie spłoszę

zagra na nitce po urwanym

guziku lub na kocim włosie

albo na bańce wodnej piany

 

jestem we władzy tej szantrapy

i nie wiem jak mi długo każe

z niemądrą miną tak się gapić

na brudną ścianę jak w obrazek

 

niech sobie lata bo nie wadzi

rozhultajona humoreska

na ptasich skrzydłach czy owadzich

kiedy nie może fruwać przestać

 

to nawet miłe więc nie walczę

rozchichotany całkiem szczerze

oddam się próżnej podfruwajce

może ze sobą mnie zabierze


Utracona              

Powoli się podnosi szlaban sekundnika,

sekundę za sekundą wypuszcza w czas przeszły.

Chwile zgarnia za siebie i cicho przemyka,

żeby szlak nowych zdarzeń niestrudzenie kreślić.

 

W takie dni, gdy samotność spowalnia godziny,

kołyszące się w rytmie sennego wahadła,

chorujemy bez siebie i ciągle myślimy,

gdzie schowała się miłość, która gdzieś przepadła.

 

Twoje listy są świeże i wiersze do ciebie,

wcale jeszcze nie zwiędły, żyją przed oczami.

Promień słońca znad dachów po linijkach przebiegł

echem wspomnień. Zabłysnął i na zawsze zamilkł.


i trochę Jewgienija

Wierszołap          

Gdzie polazłaś, poezjo?! To przeklęta gnida!

- Jewgienij chodzi z kapciem w zaciśniętej dłoni.

Dzisiaj nic mu nie idzie. Przyszło słowa gonić,

które znów się rozpełzły, choć mogą się przydać.

 

Wsadził rękę pod łóżko. Ugryzła go „wściekłość”.

„Ból” się przyssał łapczywie do obrzmiałej rany.

Żenia trzeźwieć nie musiał, gdyż nie był pijany.

Bowiem nie miał pić za co, pół wierszy uciekło.

 

Piękne rymy zniknęły. Barwne metafory

teraz w sadzie fruwają udając motyle.

Jewgienij czochra brodę, dziwiąc się niemile,

jak łatwo wszystko stracić, więc czuje się chory.

 

Znalazł butlę nalewki, lecz dalej rozpacza

- nie napiszę linijki, jeśli nie pozbieram

utraconych klejnotów. A niech to cholera!

Trzeba będzie o pomoc poprosić łapacza.

 

Przyszedł łapacz poezji, bimber z ust mu wionął.

Porozstawiał po kątach sidła, łapki, wnyki,

i lepy na średniówki. Wódki wziął trzy łyki

potem beknął i kazał sobie płacić słono.

 

Nic z tego. Sidła puste, na lepach komary.

Gdy wróciła Erato, rzekła - coraz trudniej

pisać wiersze, bo wszystkie lecą na Południe.

Trzeba pisać jesiennie, ochlapusie stary.

 

Wysypała z przepastnej torebki wierszydła:

wszystkie w czapkach i w szalach, włochate sonety,

polarne palindromy. Jesień to, niestety,

dobra pora dla wierszy. Dla poetów – zbrzydła.


Jewgienij i Małgorzata  

Kiedy dotarł strudzony do zapadłej wioski,

ciepły kurz tańczył w słońcu, a gotyckie cienie

u stóp ciemnych topoli chłód wieczoru niosły,

który siedział za cicho szumiącym jęczmieniem.

 

Popołudnie rozgrzało czerwone dachówki,

koło sklepu, na ławce, kocur lizał łapy.

Baniaczek Jewgienija dawno był już był pusty,

trzeba się więc nareszcie, po bożemu, napić.

 

W zapachu dziwnych przypraw i proszków do prania,

uśmiechnął się najpiękniej do młodej sklepowej:

cztery winka najtańsze, podaj mi, kochana,

bo pragnę godnie skończyć dnia drugą połowę.

 

Zapłaciwszy poezją, wcale nie chciał reszty

i wyszedł pobrzękując tobołkiem na plecach.

Kiedy leżał pod miedzą, stał się bezcielesny,

żeby przyjść do dziewczyny we śnie, jak obiecał.

 

Piękniała, gdy lecieli pod strop chłodnej nocy;

dał naszyjnik z księżyca, łzy z policzków otarł.

Zostań ze mną, Małgosiu, mamy mówić o czym:

szeptał czule Jewgienij, widząc cień w jej oczach.

 

W rzeczną mgiełkę odziana i gwiaździsty brokat,

wpięła Wenus we włosy, błyszczącą jak brylant,

coraz wyżej szybując, gdzie ciemność głęboka.

Nie spogląda za siebie i głowę odchyla.

 

Nie czuje samotności pośród innych panien,

które do niej mrugają, wesołe i hoże.

Będzie śpiewać i tańczyć. Na zawsze zostanie,

sklepowa Małgorzata, w swoim gwiazdozbiorze

Trzysta sześćdziesiąt pięć lekcji samodoskonalenia (a nawet trzysta sześćdziesiąt sześć)

2020-01-04       

     No i kolejny raz mamy nowy rok. Wchodzimy w niego, na ogół, z nadzieją, że będzie lepiej a my sami pod jego koniec będziemy lepsi, bogatsi, bardziej doskonali. Robimy spowiedź przed sobą, zapełniamy listę "za i przeciw", podejmujemy w postanowieniach nowe wyzwania, planujemy różnorakie przedsięwzięcia. Z jakim skutkiem? Nie oszukujmy się, na ogół takim, że gdy przychodzi kolejny Nowy Rok żywimy nadzieję, że w ten nowy rok będzie lepiej a my sami pod jego koniec będziemy lepsi, bogatsi, bardziej doskonali... itd... I tak chyba powinno być...

Przypominam tekst z cyklu "Zenek i Żabcia" i mam nadzieję, że przyniesie uśmiech.

Wszystkiego dobrego w nowym roku. n0.gif?v=122



  Siedziałam na łóżku od wielu godzin, z laptopem na kolanach, coraz głębiej zanurzając się w rozpaczy, marazmie i osamotnieniu. Jednak pomimo kompletnej dezolacji, mojej uwadze nie uszedł fakt spóźnionego powrotu męża. Wszedł cichutko, bo pora była mocno zaawansowana. Zapewne liczył, iż zastanie mnie pogrążoną we śnie.
- Zenek - pełnym głosem rozwiałam jego złudzenia.
- Żabcia? - jęknął w odpowiedzi.
- Żabcia? Tak, Żabcia. Oczywiście, że Żabcia. A kogóż to innego spodziewałeś się w naszym mieszkaniu, w naszym łóżku, w porze obowiązującej ciszy nocnej?
- Żabciu wybacz, zasiedziałem się z kumplami...
- ... przy piwie - dokończyłam z goryczą.
   Święci pańscy, absolutnie nie pojmuję, skąd u osobników płci męskiej bierze się taki stadny instynkt i chęć bezpodstawnego gromadzenia się, w dodatku koniecznie u wodopoju lub raczej piwopoju. O czym to oni mogą tak godzinami rozmawiać, bo przecież nie znają się kompletnie na sztuce, literaturze, modzie, ikebanie, liczeniu kalorii czy zdrowym stylu życia? Wszystkie ich tematy spokojnie można omówić w jeden kwadrans, no góra - dwa. Jednak, żeby spędzać cały wieczór, racząc się obrzydliwym, słomkowym napojem i ekscytować zupełnie niepojętym kopaniem piłki lub nie daj Boże polityką lub... No, tak czy owak, to zupełne marnowanie drogocennych momentów życia.
   Zenek wciąż stał w drzwiach do naszej sypialni i głupkowato się uśmiechał.
- Żabulka... Ej no, Żabcia, rozchmurz się. Nie dąsaj się.
- Ja się dąsam? Ja? Ja, mój drogi, jestem bardzo wysoko ponad to. Nieee, mnie to Zenuś, nie tak łatwo można wytrącić z równowagi, mam stalowe nerwy... Najpewniej po tatusiu... albo może raczej po stryjence Bogumile, ona to nawet siedząc w trzecim rzędzie podczas wyborów Mistera Uniwersum, umiała zachować kamienną twarz. Ja, Zenuś, genetycznie mam przekazaną autokontrolę. Jednak, nie mogę, nie odnotować faktu, że zostawiłeś mnie osamotnioną na cały, długi wieczór, choć zapewniałeś, iż wyskakujesz tylko na godzinkę. I chociaż porzuciłeś mnie jak bezdomnego psa w deszczu, to nic a nic się nie skarżę. Nie... Nie, ja tu nikogo nie inkryminuję, ja sobie tutaj cichutko czekam na ciebie - uniosłam rękę, uciszając jego próbę zakrzyczenia mojej subtelnej przemowy - i nie żywię urazy, wciąż stanowiąc wzór lojalnej, oddanej ale i bardzo sensytywnej żony. Poza tym Zenku, może to cię odrobinę zdziwi lecz umiem doskonale wykorzystać samotność, zamieniając ją w chwile pełne uroku i ekscytacji. Spędziłam niezwykle pouczający wieczór obcując z literaturą co najmniej piękną.
- Obcując? To co robiłaś z tymi książkami.
- Zenek! Wypraszam sobie ironię i dwuznaczne insynuacje! I akurat nie książkami, bo słowa trafiały bezpośrednio w głąb mojej duszy przez ekran monitora...
- Aaaa, czyli surfowałaś w sieci?
- Można to również ująć w tak prozaiczny sposób.
Mąż przysiadł na łóżku obok mnie i ujął za rękę.
- I co tam ciekawego wyczytałaś maleńka?
- "Pójdźże, kiń tę chmurność w głąb flaszy".
- Co? Gdzie mam iść?
- "Pójdźże, kiń tę chmurność w głąb flaszy" - powtórzyłam.
Zenek patrzył na mnie lekko zamroczonym wzrokiem.
   O tu cię mam ptaszku, pomyślałam z satysfakcją. Trwonisz bezcenny czas na prostackie rozrywki, a ja w tym czasie samotnie niczym capricorn, wspinam się pokonując kolejny stopień w samoświadomości i introspekcji intelektualnej.
- Ech Zenuś - zaśmiałam się gorzko - kompletny ignorant z ciebie. A to wszystko przez to, że zamiast dokształcać się, zamiast czerpać obficie wiedzę skąd tylko się da, zamiast cyzelować sprawność intelektualną, siedzisz z kuflem piwa w dłoni deliberując na jakże błahe tematy. Widzisz? Nie umiesz nawet rozpoznać najprostszego pangramu.
- Pangramu? Ki diabeł?
   Nie mogłam nie odczuć nutki triumfu. Moje godziny samotności i chęć doskonalenia nie poszły na marne. Wyrecytowałam z uśmiechem.
- Pangram to krótkie zdanie zawierające wszystkie litery danego języka.
   O tak, właśnie posmakowałam pełną garścią słodyczy zwycięstwa. Siedziałam w napięciu czekając na reakcję Zenka. Milczał, a do mnie, jak grom z jasnego nieba, dotarło, że bycie w ewolucji metafizycznej o kilka szczebli wyżej ponad mężem, wiąże się jednak z permanentną samotnością, alienacją, wyobcowaniem intelektualnym, a kto wie, czy co za tym idzie, również emocjonalnym. Zadrżałam.
- Aaaa - Zenek przerwał milczenie i nie wiedziałam, czy poprzez to, wyraził zdziwienie i ekscytację moją wiedzą, czy tylko ziewnął.
Chyba, raczej to drugie, stwierdziłam zawiedziona, patrząc jak mój mąż przymyka oczy.
- Zenek! - przywołałam go do rzeczywistości.
- Tak Żabciu?
- Coś czuję Zenuś, że ja tu perły przed wieprze...
- Znów coś cytujesz, czy tylko mnie obrażasz?
- Zenon - załkałam urażona do granic jestestwa kobiecej wrażliwości. - Jak możesz?
- Przepraszam Żabuś - uniósł moją dłoń i pocałował.
- Ja przecież tylko chciałam, żebyś wartościowo i owocnie spędzał czas.
- Wartościowo czyli jak?
- No wiesz... Nie tak jak teraz... inaczej niż na piciu piwa z kolegami i komentowaniu ostatniego meczu.
- Niby dlaczego nie mogę od czasu do czasu wyskoczyć na miasto z kumplami?
- Zenuś... możesz, przecież ja nigdy niczego ci nie zabraniałam i zawsze liczyłam się z twoim zdaniem, jednak uważam, że odrobina autodydaktyki nikomu nie zaszkodziła.
- Pewnie nieee - Zenek znów ziewnął - ale tak samo ważne jest, umieć się odpowiednio zrelaksować i wrzucić na luz, nawet jeśli ma na tym ucierpieć autodydaktyka. No powiedz sama, spokojnie żyłem sobie ładnych kilkadziesiąt lat bez wiedzy o pangramach i co? Zapewniam cię, że umiałabym dalej tak żyć przez następnych kilkadziesiąt. Jednak skoro ty masz taki niepohamowany pęd do wiedzy, proszę bardzo - pędź... A teraz to ja muszę pędzić do łazienki po spotkaniu z kumplami przy piwopoju.
   Wstał i bezceremonialnie wyszedł pozostawiając mnie samej sobie.
  Phi. Obraził się za tych kilka malutkich słów prawdy? Naburmuszył, że w porywie szczerości wytknęłam mu bezproduktywne marnowanie czasu i potencjału osobistego? Święci pańscy, przecież jego dzisiejsze zachowanie to właśnie nic innego jak wybitny przykład irracjonalnej postawy nihilistycznej. Jezu słodki, jak nic doprowadzi go to do autodestrukcji, moralnej degrengolady albo nawet obskurantyzmu. Nie! Nie pozwolę! Ma nieborak przecież mnie, a ja zobowiązałam się być z nim na dobre i złe. Co robić, co robić? Działać! I tu już! I to szybko, zanim mój Misiaczek stoczy się na dno w kolorze piwnym.
- Zenek? - krzyknęłam po chwili.
Coś długo nie wraca.
- Zenek! - wrzasnęłam głosem odpowiednio modulowanym do nocnej pory.
Mąż ukazał się w drzwiach ze szczoteczką do mycia zębów w dłoni.
- No co? - powiedział niewyraźnie - Myję się.
- Zenuś! Możemy spać spokojnie. Mam! Mam kochanie!
- Co masz?
- Mam lekarstwo na nasz problem.
- Jaki znów problem?
- Słuchaj... Nie przerywaj proszę, tylko słuchaj. Otóż, aby nie marnować już więcej czasu, by nauczyć się precyzować życiowe cele, które pozwolą przyswoić niezbędną wiedzę i wskażą drogę do naturalnej harmonii umysłu... by pozbyć się blokad stojących na drodze do...
- Żaba, streszczaj się bo marznę i mam pastę do zębów w ustach - wybełkotał.
- Dobrze, już dobrze, mówiąc krótko, właśnie podjęłam niezbędne kroki - zarejestrowałam się na takiej stronie i zapisałam nas na trzysta sześćdziesiąt pięć lekcji samodoskonalenia. Hura! Zenuś! Będziemy mogli codziennie rozwijać swój potencjał umysłowy i osobowościowy! I to razem! Co ty Misiaczku na to?
Zenek wypluł pastę na podłogę i bardzo wyraźnie wykrzyknął.
- Nie! Żaba, proszę nie! Chcesz być doskonałą i znać się na tych wszystkich pandromach, syndromach i idiomach, dobrze, ale mnie do tego nie mieszaj.
- Pangramach - odpowiedziałam urażona - i wybacz, ale jestem kompletnie zaskoczona twoją wywrotową postawą. Co ci nie pasuje w moim pomyśle?
- Wszystko. Ja nie chcę być doskonały, za to chcę umieć doskonale wykorzystać chwile przyjemności jakie daje mi życie. A teraz wybacz, idę równie niedoskonale dokończyć mycie zębów.
Znów zostałam sama. Miałam ochotę popłakać się z żałości i druzgoczącego zawodu, ale uznałam to za bezcelowe z racji braku odbiorców, więc tylko westchnęłam rozdzierająco.
- Hm, co robić? Widać taki mój los i skoro wybrałam sobie męża, z którym nie mogę samodoskonalić się mentalnie i emotywnie to muszę... uszlachetniać swój charakter i hart ducha i czerpać z tego radość. Sustine et abstine. Jednak tę plamę po paście do zębów na podłodze będzie musiał zetrzeć sam i to doskonale!

Eluwina alternatywko! Eluwina jesieniaro!

2019-12-05       

Czy wiecie już kim jest „alternatywka”,  a kim „jesieniara”? Co odpowiedzielibyście na powitanie „eluwina’?

Plebiscyt na Młodzieżowe Słowo Roku, jak się okazuje,  budzi zainteresowanie również u starszych wiekiem.  Właśnie zakończył się tegoroczy plebiscyt Wydawnictwa Naukowego PWN na popularne słowa wśród młodzieży. Pierwsze miejsce zajął rzeczownik „alternatywka”. Cóż to takiego? Ano, to dziewczyna która ubiera się w wyróżniający, specyficzny sposób, nie bacząc na ogólne trendy i opinie influencerek. Jest nieco melancholijna i nie stroni od tatuaży, piercingu i mrocznego makijażu.   „Zazwyczaj ma kolczyk w nosie, kolorowe włosy, ciemne ubrania oraz słucha emo-rapu mówi Marek Łaziński z UW, jeden z członków kapituły plebiscytu.” Za patronkę ruchu w stylu „alternatywek” można uznać wokalistkę Billie Eilish.  Męskim odpowiednikiem „alternatywki” jest „alternatyw” albo „alternator”, a antonimem „konserwatywka” czyli panna, która podąża za modą i stara się nie wyróżnić z tłumu.

Na podium plebiscytu znalazła się również „jesieniara”.  Jesieniara to słowo określające osobę (mężczyznę bądź kobietę, jest to słowo bez przynależności płciowej) uwielbiającą porę roku jesień. Rasowe jesieniary charakteryzuje uwielbienie dla typowo jesiennych czynności - np. siedzeniem pod kocykiem z książką lub dobrym filmem na tablecie i z kubkiem gorącej herbaty lub czekolady. Jesieniary cieszą się ze scenerii wrześniowo-październikowych parków, pełnych żółtych liści, kałuż i mglistych nastrojów. Z lubością odziewają się w grube swetry, przeogromne szale, wełniane rękawiczki i… chętnie dzielą się tą radością za pośrednictwem mediów społecznościowych. „Jak podkreśla Marek Łaziński, to właśnie jesieniara zasługuje na tytuł najładniejszego i najciekawszego słowotwórczo słowa roku. „

Zaraz za alteranatywkami i jesieniarami mamy na podium… „eluwinię”. Hm… To przedziwne słówko ponoć ma wejść jako synonim dla siema, cześć, hej, czołem. Jest to rodzaj młodzieżowego przywitania, które powstało z przekształcenia słów halo i elo, a na jego popularność wpłynął youtuber Kacper Blonsky, który nagrał piosenkę pod takim tytułem.

„E, e eluwina

E, e eluwina, tak każdy dzień się mój zaczyna

E, e eluwina dla ojca,  matki,  córki, syna

E, e eluwina, aha eluwina aha eluwina, e,  e, e, eluwina (yeah)

E, e eluwina, aha eluwina aha eluwina, e, e, e, eluwina (yeah)”


W tym roku w plebiscycie oddano ponad 41 tys.  głosów. W jury plebiscytu zasiadali: Marek Łaziński z Uniwersytetu Warszawskiego, Bartek Chaciński z tygodnika „Polityka”, Ewa Kołodziejek z Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Anna Ewa Wileczek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Przypomnę jeszcze tylko, iż w zeszłorocznym plebiscycie zwyciężyło słowo "dzban", w znaczeniu osoby mało rozgarniętej, a nawet wręcz głupiej i że przyjęło się ono w mowie potocznej bardzo dobrze.




https://www.youtube.com/watch?v=DyDfgMOUjCI

No bo widzi pan... nie jestem aż tak głupia

2019-11-17       

No bo widzi pan, proszę pana,

Może i jestem głupia, ale nie aż tak.

I wiele wiem, znam.. bom obeznana

Uważam, że jest u mnie fajny gust i dobry smak.

 

A co mi pan szepce wprost do ucha?

Że nieszczęśliwy pan… Oj!  Że przybity?

Że żona nie rozumie, że nie słucha?

Że panu to trzeba wrażliwej fest-kobity.

 

A ja, proszę pana, przeszłam wiele.

I sporo wyjawić jestem w stanie.

Och, po cóż zresztą, te wszystkie ceregiele?

Odpowiem na (prawie) każde twe pytanie.

 

Tak, owszem, męża miałam, nawet dwóch.

I narzeczonych kilku miałam też…

Ach jeden z nich… Uch! To był  zuch!

Uśmiałam się z nim, nieraz, do samych łez.

 

Ale to pana wcale nie obchodzi?

Pan tylko szuka bratniej duszy?

A skąd pan jest? Oj! Aż z samej Łodzi?

Czy pan się czuje źle? Aaaa, pana suszy…

 


Pan zdaje się też trochę ze mnie kpi.

A ja nie głupia… lecz nieśmiała.

Wiem nawet jak po francusku "drzwi".

No jak? No… Akurat zapomniałam.

 

Bo ja, prze pana, choć cnym serduszkiem patrzę

To wiem co taki pan, jak pan, se życzy.

Ja nawet panu chętnie wytłumaczę:

Pan, to chce się zerwać z żoninej smyczy.

 

Pan pragnie  urwać się na kilka chwil.

Na jeden wieczór, na choćby godzin parę.

Przez okamgnienie być  jak „szybki Bill”

I pocwałować w dal na swym... hardware.

 

Jak pana imię? Jakub? Ten od drabiny?

To ci, Jakubie, szczerze powiem.

Że gawędzimy tak ze dwie, no…  trzy godziny.

A ponoć cały dom na pana  głowie.

 

Że głupia i naiwna jestem? Masz…

Lecz nie zaprzeczy pan, Jakubie

Że rano wyzna pan swej żonie w twarz:

„Kochanie, wczoraj?  Na film patrzałem, na You Tubie”.



Uprzejmie uprasza się Czytelników o nieutożsamianie autorki z narratorką.

n0.gif?v=122

https://www.youtube.com/watch?v=JSvkBA0WzsA

Zagadka Wiszącej Skały i czasoprzestrzeni

2019-11-08       

„To, co widzimy i co nam się zdaje, jest jedynie snem, snem we śnie.”

Oglądaliście kiedyś ten film?

Letnie, ciepłe, sobotnie przedpołudnie 14 lutego  w Australii, początek XX wieku. Grupa panien  z elitarnej pensji wraz z dwiema nauczycielkami wybrała się na piknik w niezwykłe okolice,  pod majestatyczną, tajemniczą, owianą legendami Aborygenów, Wiszącą Skałą. Dziewczyny są podekscytowane zarówno wycieczką jak i atmosferą Walentynek. Są w trudnym okresie dojrzewania, na pograniczu świata dzieciństwa i dorosłości, w dodatku przytłumione wiktoriańską obyczajowością dlatego, jakby przeczuwając, co może je czekać, po przekroczeniu tej granicy, dają upust marzeniom  w lirycznych, podszytych delikatną erotyką, wykaligrafowanych do siebie wzajemnie, kartach okolicznościowych, w symbolice kwiatów i pełnych uniesienia rozmowach o tajemnicy czasu i egzystencji. Jedna z towarzyszących im nauczycielek, zdaje się podzielać światopogląd uczennic, druga, która wykłada matematykę, jest raczej osobą patrzącą  trzeźwo i racjonalnie.  Cała ta grupa kobiet rozsiada się u podnóża góry aby leniwie i spokojnie cieszyć się urodą letniego dnia

                Trzy dziewczyny, którym nie wystarcza samo piknikowanie prosi o pozwolenie na kontynuowanie wspinaczki. Dołącza do nich czwarta, młodsza od nich Edith i dzielne pensjonarki podążają ścieżką między skałami. W miarę pokonywania drogi dziewczęta, prócz Edith, wpadają w przedziwny trans, który pcha je coraz wyżej i wyżej ale i też uwalnia z więzów konwenansów. Najmłodsza, jedyna sceptycznie nastawiona do wyprawy, prosi bezskutecznie, aby zawróciły,  w końcu odłącza się i postanawia wrócić sama. Po drodze z góry mija podążającą za dziewczętami nauczycielkę. U niej również postrzega nietypowe zachowanie, podobne do transu koleżanek. W popłochu i wręcz histerycznym nastroju odnajduje piknikujące panny i alarmuje je, opowiadając o zatrważających okolicznościach eskapady. Rusza ekspedycja poszukująca trzech uczennic i nauczycielki, jednak nawet australijski przewodnik, psy tropiące i cała rzesza doświadczonych  myśliwych nie są w stanie nie tylko odnaleźć zaginionych ale i tez żadnych śladów po nich. Tak jakby nieszczęsne istoty rozpłynęły się w nicości.

Dopiero po siedmiu dniach jeden z poszukujących trafia na zboczu Wiszącej Skały na uśpioną   pensjonarkę. Dziewczyna jest odwodniona, osłabiona ale w dość dobrej kondycji fizycznej i co dziwne, nie ma zbyt wielkich obrażeń, zadrapań, ran czy otarć - nawet na bosych stopach - które świadczyłyby o kilkudniowym pobycie w australijskich ostępach.  Jak przeżyła te dni? Co jadła i piła? Gdzie spała? I co najważniejsze, gdzie podziały się jej towarzyszki? Niestety, tego się nie dowiemy. Dziewczyna nic szczególnego nie pamięta, a poza nią nigdy już nie odnaleziono nikogo z grupy, która w tamte Walentyki próbowały zdobyć szczyt tajemniczej góry-tabu.

Tak w skrócie wygląda fabuła filmu „Piknik pod Wiszącą Skałą", w reżyserii Petera Weira, na podstawie powieści autorstwa Joan Lindsay, pod tym samym tytułem. Sama autorka twierdziła, że opowieść jej oparta jest na autentycznych wydarzeniach a tajemnica zaginięcia czterech kobiet nie została nigdy rozwiązana. Hipotezy były przeróżne, od zagubienia się w pieczarach czy szczelinach, których nie brakuje w tamtych okolicach, poprzez morderstwo do… przejścia w inny wymiar.

I o tym chciałam trochę podyskutować. Czy wierzycie z możliwość przekroczenia granicy między wymiarami, czy słyszeliście o przypadkach, które mogłyby to potwierdzać? Ponoć Ogólna Teoria Względności, Alberta Einsteina dopuszczała możliwość istnienia tuneli czasoprzestrzennych. Na początku 2015 roku w Annals of Physics opublikowano artykuł, w którym naukowcy napisali, że tunelem czasoprzestrzennym może być cała nasza galaktyka, czyli Droga Mleczna.  I może miał rację Erich von Daniken doszukujący się w kulturach świata starożytnego ślady ingerencji istot pozaziemskich, które trafiły do nas poprzez takie "gwiezdne wrota"? Może właśnie dzięki takiemu tunelowi starożytne  plemię Dogonów posiadło zaawansowaną wiedzę o systemie gwiezdnym Syriusza – wiedzieli bowiem, że gwiazda ta jest elementem gwiazdy podwójnej - jedna krąży wokół drugiej, znali też okres jej pełnego obiegu, czyli około pięćdziesiąt lat?Może to wyjaśnia zagadkę piramid, Stonehenge, Bhagawadgity i wielu innych tajemniczych artefaktów?

Wróćmy jednak do czasów współczesnych i przedziwnych przypadków i osób, które być może właśnie skorzystały z takich przejść czasoprzestrzennych.

W 1954 roku na japońskim lotnisku zatrzymany został do kontroli celnej mężczyzna, który okazał paszport wydany przez państwo o nazwie... Taured.  Tłumaczył on, że przyjechał w sprawach biznesowych, i że nie jest to jego pierwsza podróż do Japonii w tym roku. Mówił po francusku, jednak równie dobrze umiał się porozumiewać po japońsku oraz w kilku innych językach. Twierdził że urodził się i mieszka w Tauredzie, który znajduje się między Francją a Hiszpanią. W jego  paszporcie widniały zupełnie realne pieczątki wizowe, potwierdzające wizyty podróżnika w różnych państwach, w tym także dwie poprzednie podróże do Japonii. Posiadał książeczkę czekową, jednak bank który ją wydał nie istnieje w naszym świecie. Początkowo mężczyzna nie wierzył, w to, że coś jest nie tak i sądził, iż jest „wkręcany”. Zdenerwował się, gdy pokazano mu mapę świata, a w miejscu gdzie, według jego  mniemania od tysiąca lat miałby być jego Taured znajduje się Andora. Osobliwy pasażer został zatrzymany w pokoju hotelowym, w celu ustalenia tożsamości, jednak rano pomimo czujnej obstawy nikogo w tym pokoju nie odnaleziono.

Równie zagadkowe są  podobne dwa  incydenty, pierwszy odnotowano w 1851 roku we Frankfurcie nad Odrą.  Uwagę policji przykuł pewien mężczyzna, który nazywał się Josef Forin. Porozumiewał  się w niespotykanym dialekcie języka niemieckiego a w jego  paszporcie widniała pieczątka poświadczająca, iż przybył z kraju o nazwie Laksaria. On sam opowiadał, iż jego ojczyzna leży na kontynencie Sakaria, który znajduje się za wielkimi oceanami. Drugi przypadek, gdy  w 1932 roku w Moskwie funkcjonariusze NKWD zatrzymali mężczyznę, który miał przy sobie paszport wydany przez państwo o nazwie Wielka Tartaria. Człowiek ten wskazał nawet na mapie Związku Radzieckiego miejsce, gdzie leży jego kraj. Kiedy zaś transportowano go do aresztu, oskarżając o  szpiegostwo na rzecz innego państwa... rozpłynął się w  powietrzu.

Jednym z najsłynniejszych  „podróżników w czasie” jest około trzydziestoletni mężczyzna, który pojawił się w czerwcową noc 1950 roku, na skrzyżowaniu ulic niedaleko od Times Square w Nowym Jorku. Przyciągnął uwagę policjantów bowiem stał nieruchomo na środku skrzyżowania ulic. Kiedy chcieli mu pomóc zmieniły się światła, samochody ruszyły i tajemniczy osobnik został zabity przez nadjeżdżające auto. Nikt nie umiał powiedzieć, jak i kiedy znalazł się on w tym miejscu ale najdziwniejszy był on sam, bowiem ubrany był w staromodny garnitur z XIX wieku i wysoki cylinder. Podczas prowadzonego dochodzenia znaleziono w jego kieszeniach  osobliwe przedmioty: piwny żeton o wartości 5 centów z nazwą baru, o którym nie słyszeli nawet najstarsi mieszkańcy rejonu, rachunek za obsługę konia i mycie powozu, wydany przez płatną stajnię, mieszczącą się na Lexington Avenue, jednak obecnie nie figurującą żadnym spisie, około 70 dolarów w starych banknotach i monetach, kilka wizytówek z nazwiskiem Rudolfa Fentza, zgodnie z którymi miejscem jego zamieszkania był dom na Piątej Alei w Nowym Jorku, list wysłany z Filadefii na tenże adres w czerwcu 1876 r. Na żadnym z wyżej wymienionych przedmiotów nie zauważono oznak starzenia się albo utlenienia.

Próby identyfikacji po podanym na wizytówkach nazwisku nie powiodły się bowiem w policyjnych kartotekach brak było danych, nie figurowały też odciski jego palców. Nikt nie zgłaszał zaginięcia tego mężczyzny. Pod adresem wskazanym na wizytówce znajdowała się firma handlowa, jednak jej właściciel nic nie wiedział o ewentualnym wcześniejszym lokatorze. Dopiero po latach policjant, który zajmował się tą sprawą, ustalił adres zamieszkania pewnej starszej kobiety, która mogła coś w tej zagadkowej sprawie wyjaśnić. Opowiedziała ona iż niejaki Rudolf Fentz-senior był ojcem jej męża, i przepadł bez wieści w zagadkowych okolicznościach w 1876 roku w wieku 29 lat.

Zapewne wgryzając się w ten temat można napotkać inne ciekawe przypadki ale my którzy poruszamy się w czterech wymiarach nie wszystko jesteśmy w stanie odpowiednio zinterpretować. Ponoć żyjemy  w świecie, w który przenika co najmniej dziesięć wymiarów - cztery z nich są dla nas obserwowalne. Pierwsze trzy tworzą siatkę, w której żyjemy i nadają wszystkiemu wymiary: wysokość, szerokość i głębokość, natomiast czwartym wymiarem jest czas. Fizyka kwantowa opisuje pozostałe wymiary; piąty można sobie wyobrazić jako rozgałęzienia na osi czasu, która przedstawia czwarty wymiar czyli to tak jakby nasze możliwości wyboru ścieżki życiowej. A już szósty wymiar tworzy alternatywne, równoległe światy, siódmy zawiera w sobie nieskończoność, czyli punkt w którym zaczął powstawać nasz wszechświat,  ósmy posiada w sobie różne nieskończoności, bowiem w tym wymiarze znajdują się wszechświaty zupełnie różne od naszego, rządzące się zupełnie innymi prawami fizyki. Dziewiąty wymiar tworzy więź pomiędzy wszystkimi nieskończonościami znajdującymi się w ósmym wymiarze i daje możliwość przemieszczania się pomiędzy nimi, a dziesiąty  to punkt w którym powstały wszystkie możliwe nieskończoności.

 

  

PS. Dziś już wiadomo, że „Piknik pod Wiszącą Skałą” nie ma odzwierciedlania w faktach, to czysty wymysł autorki, tyle że „poparty” autentycznymi miejscami i niektórymi z postaci.

Remedium na jesienny frasunek?

2019-10-26       

Astry główki szykują, by przeczesać je podmuchem.

Blask słoneczny  jakby mniej przygrzewa.

Klapsy wyłożyły się do góry brzuchem.

Jeż schowany w liściach też jesiennie ziewa.

 

Babim latem na tournée czmycha pająk z domu.

Świerszcz szykuje zapieckową partyturę.

Komu mam powierzyć tajemnicę? Komu?

W nocy przecież wszystkie koty bure.

 

Już z kieszeni wytrzepany piach wydmowy

Zrobił miejsce na list(i)opadowe klejnoty.

Jeszcze jednak o jesiennej nudzie  nie ma mowy,

Gdyż po głowie krążą wciąż głupoty.

 

I choć wiatr tradycyjnie chce świstać w kominie

A deszcz moczyć od stóp po czubek głowy.

Może widać, może nie… po mojej minie;

Dla mnie miesiąc ten, czuję, będzie wręcz miodowy.

 

Weto minorowym pluchom, mżawkom i szarugom!

Receptura przeciw nim dozowana niezmiennie,

By nostalgia nie zmieniła się w tęsknicę długą

To zwyczajnie: zakochaj się w jesień wiosennie.

 

 

 

I tylko dodam, po chwili, na marginesie, ot tak sobie:

Od ciebie zależy, czy wciąż w tej samej osobie.

Ostatnia kępa czyli jesienne porządki w zadumie

2019-08-25       

     No i nadszedł czas, że nasze pociechy szykują się do szkoły a rodzime południce kończą sezon na żniwiarzy.  Pociechom trzeba zapewne uszykować „wyprawkę”, natomiast południce od lat same dbają o siebie. Demony te ulubiły sobie biały, odświętny strój,   dobrze wyostrzony sierp jako broń, ciepło dnia letniego oraz samotnych i pracowitych rolników (również żonatych). Nie gardziły "od biedy" małymi dziećmi i jeśli napotkały takie bez odpowiedniego dozoru, porywały je i zakopywały żywcem w ziemi. 

     Ponoć taka południca, zwana też rżaną babą, jawić się może oku męskiemu jako całkiem fajna dziewuszka, choć niektórzy bardziej wybredni lub też  podejrzliwi twierdzą, że to tylko pozór i jak się przyjrzeć, okazuje się ona być wyniszczoną, wychudzoną staruchą. Nie wiem, jak objawiłaby się nam – kobietom lecz mniemam, iż raczej w tej drugiej odsłonie, a nawet jeśli w pierwszej, to i tak dobrze wiedziałybyśmy, że coś tu nie gra... No bo, po kiego diabła, wystrojona, blada pannica chadza w samo południe między łanami i to z sierpem zamiast fajnej torebuni? W każdym razie spotkanie takiej istoty w polu, podczas pracy, w środku dnia, grozi w najłagodnieszym przypadku bólem głowy plus dotkliwymi poparzeniami, bywa że i podduszeniami, a w skrajnych przypadkach nawet i śmiercią.

     Napisało mi się kiedyś opowiadanie o spotkaniu Grimbalda Wspaniałego i tajemniczo-groźnej południcy i o nurtujących ją dylematach samotnej panny.

     Mamy jednak czas dożynek i o tym chciałam napisać kilka zdań, bo same południce pomału zaczną szykować się w stan letargu do czasu następnej kanikuły.

     Dożynki swoim rodowodem sięgają czasów pogańskich i wywodzą się ze Święta Plonów.  Żniwa w tradycji słowiańskiej zaczynały się od pracowitych zażynek. Dzięki utrzymanym rytuałom (dostosowanym później do chrześcijaństwa)  możemy stwierdzić, iż do święta tego podchodzono z ogromnym poszanowaniem, wynikającym z kultu dla natury i respektu dla ziemi.  Zaczynano je gdy ziarno było odpowiednio twarde, a słoma miała właściwy odcień barwy złota.  Znak do zażynek dawała przepiórka, bo to właśnie jej śpiew oznaczał, iż przyszła pora na rozpoczęcie prac polowych. Rozpoczynano je w środę lub w sobotę – w pozostałe dni miały przynieść pecha. Czynność koszenia miała znaczenie wręcz rytualne. Przy żniwach pracowano gromadnie, jednocząc wspólnotę. Obowiązywała tam hierarchia - pierwszego kosiarza zwano przewodnikiem, pierwszą kobietę żnącą sierpem postatnicą.  Niegdyś obchodzono małe i duże żniwa. Małe to czas, kiedy zbierano plony ozime i rzepak, za to podczas dużych żniw, czasem nazywanych właściwymi, zbierano pozostałe plony. Ostatnie kłosy albo pozostawiano niezżęte na polu, albo też zżynano uroczyście, obrzędowo, na samo zakończenie żniw. Pasmo takie nazywano ostatnią kępą, przepiórką, perepełką, brodą, kozą, wiązanka, garstką lub pępkiem. Ścinano je uroczyście przez najlepszego kosiarza, po czym wręczane były najlepszym żniwiarkom do uplecenia wieńca. Na Podlasiu pasmo takie oczyszczano z chwastów i kładziono kamień, na którym umieszczano kawałek chleba, szczyptę soli i czasem drobną monetę - był to podarunek dla przepiórek. Również pierwszy zżęty snop zboża miał dla wierzeń Słowian duże znaczenie – wnoszono go do izby i trzymano aż do  Szczodrych Godów (czas około Święta Trzech Króli), ustawiano kłosem do góry, przystrajano,  a następnie wyprawiano przy nim wieczerzę. Tak, można mówić, iż był to pierwowzór dzisiejszej choinki. Ten szczególny snop bywał nazywany diduchem. Był talizmanem i wróżbą, a ziarna z niego wykorzystywano podczas pierwszego siewu w kolejnym roku.  Sam snop uroczyście palono.

     No i w sumie tyle w temacie dożynkowego nawiązania do zwyczajów słowiańskich. Radujmy się ostatnimi, ciepłymi, sierpniowymi dniami i szykujmy na zimniejsze czasy. To oczywiście nie oznacza, że po dożynkach nastaje czas jedynie na leniuchowanie i leżenia do góry brzuchem. To dla uwrażliwionych duchowo w kierunku piśmienniczym czas niezwykły, bowiem od dawien dawna wiadomo, że zbliżająca się jesień budzi z uśpienia poetów, trubadurów,  wieszczy wszelakich, lirycznych wyrobników słowa rymowanego mniej lub bardziej. Zapewne i tu na GD pojawią się i pracowicie dziergając ze słów strofy wprawią nas w kontemplacyjny stan. Ja też przypomnę podszyty jesienną zadumą (no i nutką kpiny) wiersz z pewnego końca lata.

- virgo -

Wieczór. Trawy pewnie już skoszone.

Ich zapach rozsiadł się w kieszeniach pamięci.

Lato w kolorach z obrazu Giotto di Bondone,

A my znów o jeden dzień  mniej święci.

 

Pajączki gotowe do lotu w nieznane,

Z plecakiem nabitymi obietnicą jutra.

W przedziale "Niebieskiego pociągu" Coltrane

Jesienne pobrzmiewa niespieszna (kama)sutra.

 

Na dotyk -  z południa raczej  - czekam Ulissesa

Jak na przymilne wiatru westchnienie

Bursztynów garść w mej dłoni, niczym promesa

I wróżba na tak,

Na może

Na – nie zmienię.

 

Zasypiam z modlitwą o jeszcze jedną frazę,

gdy Persefona wraca do ciemnej dzielnicy.

I marzę, marzę, tak jesiennie  marzę…

O...

... z ciepłą wodą ogromnej miednicy.

Historie kryminalne - 1

2019-08-16       

   „Kocham Cię kochanie moje najmocniej na świecie” i tak pięć razy. To ostatnia wiadomość, jaką wysłał z komputera Arkadiusz B. do swojej niedawno poznanej dziewczyny Edyty W., po czym spotkali się na kolacji w wynajętym przez niego mieszkaniu.  Do dnia dzisiejszego kobiety nie odnaleziono.

   Historią tą żyła kilkanaście lat temu spora część warszawskiego (i nie tylko) społeczeństwa. Zaczyna się bananie, jak na nasze czasy  – dziewczyna poznaje przez internet chłopaka. Piszą do siebie, zwierzają się sobie, opowiadają o swych planach, ambicjach, marzeniach… zakochują.

   Jesień 2005 roku. Edyta W. ma 31 lat, jest przeciętną szatynką przy kości, jakich wiele. Jest też ambitną i samodzielną osobą, ciężko pracuje jako księgowa, a za własne pieniądze kupuje małe mieszkanko w podwarszawskiej miejscowości, pomaga rodzicom, otacza się przyjaciółmi i znajomymi. Jednak  czuje się bardzo samotna i marzy o zbudowaniu trwałego związku. Uznaje, że dobrym wyjściem będzie założenie konta na popularnym serwisie randkowym, aby poznać tam kogoś, kto spełni jej pragnienia o spokojnym, rodzinnym życiu.

   Poznaje Arkadiusza B., który fascynuje ją swoją barwną osobowością,  nieprzeciętnym życiorysem, ambitnymi planami. Ujmuje tym, iż nie składa ”na dzień dobry”  dwuznacznych propozycji. Opowiada, że jest studentem prawa, trenuje sztuki walki, prowadzi własny, dochodowy biznes, a jego rodzina, wywodząca się od znanego reżysera, mieszka we Włoszech. On sam też jest tam częstym gościem i nawet kiedyś na dowód tego przynosi na randkę wino, które jakoby miał tam sam butelkować w małej winnicy.

   Chłopak oczarowuje skromną księgową, obsypuje ją komplementami, zapewnia o uczuciu, które w nim wzbudziła, pomimo tego, iż znają się dopiero od niedawna. Spotykają się realnie, chodzą na spacery, odwiedzają nastrojowe knajpki – ot, jak to zakochani. On otwiera się przed nią i wyznaje spontanicznie: „Gdzie byłaś do tej pory, że cię nie znałem?”  Po drugim spotkaniu, gdy Edyta znajduje w kieszeni kartkę od niego z tekstem „kocham cię” znajomość nabiera jeszcze bardziej intensywnego zabarwienia. Jedynie to, co niepokoi Edytę, choć stara się sama przed sobą go usprawiedliwiać, to fakt, że chłopak nie chce poznać jej rodziny i znajomych, jak też sam nie spieszy się, aby jego krąg przyjaciół poznał ukochaną. Dziewczyna żyje w miłosnym amoku i zwierza się przyjaciółce, iż Arek jest spełnieniem jej marzeń i że już planują wziąć ślub w grudniu, choć nawet nie zna nazwy jego firmy ani adresu pod jakim mieszka.

   Potem nagle następuje okres, gdy Arkadiusz ma mniej czasu dla Edyty. Widzą się rzadziej, a on ma mnóstwo wymówek, by ograniczyć kontakty. Tłumaczy to pracą, komplikacjami  i szykującym się „interesem życia”. To ma być jakaś bardzo intratna transakcja, na którą on potrzebuje większą gotówkę, ale po której to,  mają wieść już szczęśliwe, niczym niezmącone życie, w nowym, kupionym przez niego mieszkaniu.  On już wpłacił jakieś pieniądze akonto tej transakcji i przepadną one jeśli w naznaczonym terminie jej nie sfinalizują. Potrzebne jest jeszcze osiemdziesiąt tysięcy.

   Arek nakręca dziewczynę, żaląc się, że jeśli nie uda się,  to nie tylko stracą zainwestowaną już gotówkę ale i szansę na wspólne  życie. Aby przyprzeć zakochaną w nim do muru, opowiada jej o swojej byłej - Ani, podsuwa też jej zdjęcie. Fotka pokazuje niezwykle atrakcyjną kobietę i wytwarza w Edycie poczucie zagrożenia. Potęguje się ono, gdy pewnego dnia dostaje maila od pięknej Anny, w którym tamta zapowiada, iż będzie walczyć o uczucia byłego. „Wiem, że spotykasz się z Arkiem ale uwierz to nie ma sensu, zapewniam Cię, Cukiereczku, że ja nie odpuszczę. Już w tej chwili jestem Arkowi potrzebna. To ja pomogę mu zrealizować marzenia i cel. Mam na myśli pewną transakcję finansową”.

   Edyta połknęła haczyk i uznała, że stanie do walki o ukochanego;  gdzie tylko może pożycza pieniądze - od rodziny, znajomych, przyjaciół, zaciąga też dwa kredyty bankowe. Łącznie zebrała około siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych. Dziewczyna jednocześnie szykuje się do ślubu, wyciąga z Urzędu Stanu Cywilnego swój akt urodzenia i umawia się w salonie sukien ślubnych na przymiarki.

   Tymczasem Arkadiusz ma jechać pod granicę polsko-niemiecką sfinalizować intratną transakcję. Dzwoni do ukochanej i relacjonuje prawie że krok po kroku jej przebieg.  Po czym umawiają się na kolację, aby świętować „interes życia”, a także rozliczyć się i omówić plany na przyszłość. Kolacja ta ma odbyć się w dopiero co wynajętej przez Arka kawalerce. Edyta żegna się ze znajomymi w pracy, informuje rodzinę o wydarzeniu i jedzie do  narzeczonego pod wskazany adres na warszawskim Żoliborzu. Jest 10 listopada – dzień w którym ostatni raz widziano Edytę W.

   Początkowo rodzina i znajomi nie niepokoją się. Mama,  co prawda dzwoni do córki, ale siostra Edyty uspokaja ją, że trzeba dać narzeczonym trochę luzu, aby nacieszyli się sobą i udanym startem w nowe życie. Jednak po kilku dniach dociera do nich, że coś jest nie tak. Edyta, która była sumienną pracownicą nie pojawia się w firmie i nikt nie wie, co się z nią dzieje. Do dziś nie wiadomo, co dokładnie stało się z dziewczyną.

   Trop oczywiście prowadzi do Arkadiusza B. Przesłuchiwany początkowo neguje, jakoby spotkali się feralnego dnia, czemu jednak przeczą logowania telefonu dziewczyny, jednoznacznie wskazujące, że musiała być w wynajętej kawalerce. Potem mężczyzna podaje dwie wersje na temat miejsca, w którym ostatnio się widzieli, w końcu mówi, że pokłócili się i rozstali około ósmej wieczorem. Nie potrafi  powiedzieć, co robił przez trzy dni po zaginięciu Edyty ani gdzie ona może być. Ostatecznie odmawia składania zeznań.

   Jak się okazuje w toku śledztwa, prawie nic z tego, co chłopak mówił o sobie Edycie, nie było prawdą.  Nie tylko, że nie był wnukiem znanego reżysera, że jego rodzice nie mieszkali we Włoszech, że nie jest studentem prawa, że nie ma własnego  biznesu ale i to, iż nie było żadnej, intratnej transakcji, a w czasie, gdy dzwonił, informując ukochaną o finalizowaniu biznesu pod niemiecką granicą, był cały czas w Warszawie.

   Arkadiusz okazał się być nie tylko nałogowym kłamcą ale i nałogowym kobieciarzem. Już w tamtym czasie, gdy rozpoczął znajomość z Edytą miał bardzo bogatą przeszłość, a na portalu randkowym prowadził rozmowy z około stu pięćdziesięcioma kobietami. Był  rozwodnikiem, a jego była żona zostawiła go, po tym jak dotarło do niej, jak wielkim mitomanem i oszustem on jest.  Istniała jednak owa Ania „z przeszłości”. Była to kobieta, którą Arkadiusz poderwał, omotał i szantażował później zrobionymi jej erotycznymi zdjęciami. Nigdy też nie wysłała ona maila do Edyty, ale jak okazało się,  zrobił to, podszywając się pod nią, sam Arek. Ania wyznała potem na rozprawie, że w tamtym czasie, w połowie listopada  Arek próbował ją zatrzymać przy sobie chwaląc się pieniędzmi i innym niż stary, dotychczasowy Polonez, samochodem. Jak wskazują dowody było to auto Edyty.  

  Przed listopadem jego sytuacja materialna była bardzo nieciekawa.  Mieszkał  on z matką w mocno zadłużonym mieszkaniu, groziła  im eksmisja, a on sam również siedział po uszy w długach, nigdzie nie pracując.

   Na tym etapie dochodzenia wygląda na to, iż śledczy wierzą w wersję Arkadiusza B., który klasycznie „odwraca kota ogonem” i twierdzi, iż to on jest poszkodowany, bowiem to Edyta okradła go i uciekła z pieniędzmi, „zapadając się pod ziemię”. Znajdują jednak w wynajmowanym przez niego mieszkaniu przedmioty należące do zaginionej dziewczyny, a właścicielka wynajętej kawalerki zaczyna wskazywać pewne niepokojące fakty.  Po pierwsze, pomimo niesprzyjającej pogody okna mieszkania są wciąż otwarte na oścież, jakby wynajmujący chciał je dokładnie przewietrzyć. Kafle i fugi w łazience zostały tak dokładnie wyczyszczone, iż te ostatnie uległy odbarwieniu. Stan licznika wody, pomimo niewielkiego odcinka czasowego, wskazuje ogromne jej zużycie. Policja dociera też do wyciągów bankowych Arkadiusza, z których wynika, iż na jego konto wpłynęły wpłaty od Edyty, on sam twierdzi iż są to jego oszczędności, które oni między sobą przesyłali, realizując jakieś dziwne transakcje księgowe. Zaczyna też o niej samej źle mówić, oskarżając o to, że zabawiała się na portalach randkowych z wieloma mężczyznami, których potem okradała.  Opowiada, iż z jego ustaleń wynika, że jest ona oszustką i on sam też został ofiarą jej wyrafinowania. Jednak przeciw niemu świadczy wiele dowodów,  również to, że spomiędzy płytek,  z brodzika i ze zlewu w wynajmowanym mieszkaniu wyodrębniono DNA zaginionej.

   Na rozprawę przyjeżdża mama Edyty, jej przyjaciółka ale również żona i kochanki  Arkadiusza B. Wszystkie one zeznają na niekorzyść oskarżonego, jednak on konsekwentnie wypiera się, jakoby miał uczynić coś złego Edycie. To on jest ofiarą,  a obecność DNA zaginionej w wynajmowanym mieszkaniu, jedynie wskazuje na to, że Edyta przebywała w nim, a nie że została zamordowana. Prawdopodobne jest to, że ona sama gdzieś żyje wraz z jego pieniędzmi.

   W pierwszym procesie sąd uniewinnił go od zarzutu zabójstwa, jakby potwierdzając jego motto: nie ma ciała, nie ma zbrodni, skazując go jedynie na cztery lata więzienia za oszustwo finansowe.  Dopiero w wyniku apelacji rodziny Edyty w 2015 roku w  drugim procesie skazano go na dożywocie za zabójstwo. Sąd Najwyższy w wyniku apelacji w 2016 roku uchylił wyrok i zlecił sprawę do powtórnego zbadania. Oskarżony wciąż przebywa w areszcie, konsekwentnie wypierając się, iż zabił zakochaną w nim kobietę.

Ciała Edyty W. do dziś nie odnaleziono.

Strony: 15